Przez lata Hegel konsekwentnie rozwijał swoje przetworniki cyfrowo-analogowe, ale dopiero teraz do jego katalogu zawitał model, który można uznać za wyraźny punkt odniesienia. D50 jest aktualnie jedynym DAC-em w ofercie norweskiego producenta, a zarazem konstrukcją flagową, podsumowaniem ponad dwóch dekad pracy nad konwersją C/A. Co ciekawe, nie jest to projekt nastawiony wyłącznie na wynik sprzedażowy. W jego genezie pobrzmiewa również ambicja stworzenia urządzenia zdolnego stanąć obok najbardziej cenionych konstrukcji tego typu na rynku.
Czarna matowa obudowa nie zdradza skali zaangażowanych środków, co można uznać za świadomy zabieg, coś w rodzaju technicznego kamuflażu. Dopiero bliższe oględziny ujawniają, ile pracy włożono w każdy etap projektu. Wygląd tego klocka najwyraźniej skojarzył się komuś w Heglu z opowieściami o krukach Odyna (w mitologii nordyckiej ptaki te siadają na ramionach boga i szepczą mu do uszu wszystko, co widziały i słyszały). To skojarzenie ma również dobrze oddawać sposób, w jaki D50 traktuje sygnał cyfrowy – jako "materiał" do możliwie wiernego odczytania. Nic dziwnego, że DAC-owi nadano przydomek Raven (kruk).
Jeśli nawet całe to nawiązanie do dawnych opowieści jest mocno naciągane, to zawsze zostaje podejście konstruktorów, a to trudno zakwestionować. Zamiast mnożyć funkcje, postawili na specjalizację. D50 nie oferuje streamingu ani regulacji głośności, nie udaje centrum systemu i nie zastąpi przedwzmacniacza. Cała uwaga projektantów skupiła się na jednym zadaniu: możliwie precyzyjnym przekształceniu sygnału cyfrowego w analogowy.
Budowa
D50 zamknięto w solidnej, aluminiowej obudowie o prostej, uporządkowanej formie. Front wykonano z grubego, frezowanego panelu, korzystając z rozwiązania znanego z odtwarzacza CD Viking – częściowego, ale odważnego sfazowania górnej krawędzi. Trzy przyciski (włącznik/wejście do menu oraz selektory źródeł/submenu) przeniesiono na ściankę dolną, by nie zaburzać jednolitej powierzchni. Centralnie umieszczony biały wyświetlacz jest umiarkowanie czytelny (z kilku metrów nie widać już informacji o przetwarzanej częstotliwości), a w razie potrzeby można go przyciemnić albo wyłączyć. Całość opiera się na metalowych nóżkach z gumowymi podkładkami, które stabilizują urządzenie i tłumią drgania.
Wnętrze jest dość luźne, ale schludne. Podporządkowano je kontroli zakłóceń i precyzji prowadzenia sygnału. Sercem układu jest przetwornik ESS Technology ES9039Q2M umieszczony na osobnej płytce, by ograniczyć wpływ pozostałych obwodów. Towarzyszą mu trzy zegary taktujące – jeden dla wejść S/PDIF oraz dwa dla USB, osobno dla częstotliwości opartych na 44,1 i 48kHz. Wejście AES/EBU wykorzystuje odbiornik RS422 zbalansowany transformatorem, co pozwala zachować stabilność sygnału niezależnie od jego poziomu. Sygnały S/PDIF obsługuje odbiornik PCM9211.
Dużo uwagi poświęcono zasilaniu. Zastosowano dwa transformatory toroidalne – osobno dla sekcji audio i pozostałych obwodów – odseparowane stalową przegrodą i filtrowane na wejściu (tłumienie największych zakłóceń z sieci energetycznej). Ścieżki sygnałowe są krótkie i prowadzone z zaokrągleniami, co ogranicza zmiany impedancji oraz emisję zakłóceń.
Na tylnej ściance Kruka znalazł się komplet wejść cyfrowych: dwa optyczne, dwa koncentryczne (RCA i BNC), AES/EBU oraz USB-B. Sygnał analogowy wyprowadzono zarówno w postaci zbalansowanej XLR, jak i niezbalansowanej RCA, z ustalonym poziomem 2,5V. Urządzenie automatycznie wykrywa aktywne źródło, może też przechodzić w tryb czuwania. Dla użytkowników firmowych wzmacniaczy (H300, H360, H390, H590, H400, H600) przewidziano funkcję Loopback pozwalającą ominąć ich wewnętrzne przetworniki i przekazać konwersję do D50.
Jakość dźwięku
Wystarczyło dosłownie kilka nagrań, by stało się jasne, że D50 to... typowy Hegel. W jego brzmieniu nie ma śladu efekciarstwa, jest za to coś znacznie trudniejszego do osiągnięcia – naturalna swoboda i wzorowy porządek. Norweski DAC nie atakuje szczegółami, nie przesadza z konturami, nie stara się za wszelką cenę udowodnić, że "gra hi-endowo", a mimo to – albo właśnie dlatego – słucha się go wyjątkowo komfortowo. Muzyka płynie z łatwością, bez śladów napięcia czy cyfrowego nalotu, który potrafi skutecznie popsuć kontakt z nagraniem. Uwagę zwracają przejrzystość, energia, rześkość i bardzo dobrze poukładana przestrzeń. Przekaz jest czytelny, ale bez wrażenia, że szczegóły próbują za wszelką cenę zwracać na siebie uwagę.
Hegel przekazuje bardzo dużą ilość informacji, ale nigdy nie męczy. To właśnie tutaj kryje się bodaj największa jego zaleta – umiejętność połączenia szczegółowości z kulturą grania.
Znakomite wrażenie robi sposób, w jaki D50 radzi sobie z wysokimi tonami. Są bardzo czyste, a jednocześnie pozbawione ostrości i charakterystycznego dla wielu konstrukcji "rozedrgania". Nie pojawia się tu wrażenie suchości, szklistości ani tej specyficznej nerwowości, przez którą po godzinie odsłuchu człowiek zaczyna bardziej interesować się zawartością lodówki niż kolejną płytą. Hegel przekazuje bardzo dużą ilość informacji, ale nigdy nie męczy. To właśnie tutaj kryje się bodaj największa jego zaleta – umiejętność połączenia szczegółowości z kulturą grania. Jedno nie odbywa się kosztem drugiego. Przykładowo "The Girl in the Other Room" Diany Krall -
W tym nagraniu bardzo łatwo o przesadę w sybilantach i lekką szklistość góry. Hegel pokazuje wszystkie detale w głosie, ale robi to miękko i naturalnie, bez wyostrzania "s" i "sh". Dzięki temu wokal pozostaje bliski i namacalny, a nie analityczny.
Co ważne, efektu tego nie osiągnięto przez przyciemnienie góry pasma czy sztuczne ocieplenie prezentacji. D50 nie brzmi ani ciepło, ani chłodno. Nie podkreśla konturów, nie wysusza środka, nie próbuje też dodawać nagraniom "analogowego" charakteru. Balans tonalny jest bardzo wyrównany, więc trudno wskazać zakres, który byłby w jakikolwiek sposób uprzywilejowany. Dźwięk ma naturalnie smukły charakter, ale zachowuje odpowiednią masę i wypełnienie. Dzięki temu nagrania pozostają dynamiczne i angażujące, a jednocześnie wolne od natarczywości.
Barwy zasługują na osobny akapit, bo choć nie są przesadnie gęste czy nasycone, to wypadają bardzo wiarygodnie. D50 nie próbuje upiększać rzeczywistości. Instrumenty i wokale pokazuje w sposób uporządkowany i prawdziwy. Co prawda nie ma tu tej wybornej gładkości, "analogowej mgiełki" i spójności, jaką oferuje Rockna Audio Wavelight (mój faworyt w przedziale cenowym do 30 tys.), ale trudno uznać to za wadę. Hegel stawia bardziej na neutralność i rześkość. I robi to na tyle umiejętnie, że po pewnym czasie przestaje się analizować dźwięk, a zaczyna po prostu słuchać muzyki.
Bardzo dobrze wypada również dół pasma. Bas jest szybki, zróżnicowany i świetnie kontrolowany, ale nie sprawia wrażenia przesadnie utwardzonego. D50 potrafi utrzymać dyscyplinę nawet w bardziej wymagających nagraniach, zachowując przy tym dobrą energię i motorykę. Rytmika stoi na wysokim poziomie – muzyka ma właściwy puls i nie traci impetu. Dotyczy to całego pasma, bo Hegel bardzo sprawnie oddaje zmiany tempa i dynamiki w obu skalach. W żadnym zakresie nie daje się zauważyć oznak ospałości czy rozwlekania. Świetnie to słychać na płycie "Random Access Memories" zespołu Daft Punk. Bas jest sprężysty i bardzo rytmiczny, a Hegel utrzymuje świetną kontrolę i tempo. Uderzenia są punktowe, a jednocześnie nie tracą masy.
Warto jednak zaznaczyć, że najlepsze rezultaty D50 zapewnia za pośrednictwem wejścia USB. W trybie USB-DAC-a pokazuje pełnię swoich możliwości zarówno pod względem przejrzystości, dynamiki, jak i organizacji przestrzeni. Po przejściu na Toslink (z transportem CXC 2 od Cambridge Audio; więcej informacji na temat brzmienia tego połączenia w bieżącym numerze) różnice nie są może dramatyczne, ale jednak zauważalne. Dźwięk traci nieco na energii i precyzji rytmicznej, całościowo staje się trochę mniej żwawy. Timing nie jest już tak dobry, przez co muzyka momentami sprawia bardziej zachowawcze, mniej angażujące wrażenie. To chyba jedna z tych sytuacji, kiedy dosłownie kilka procent robi większą różnicę, niż sugerowałyby same liczby.
Podsumowanie
Pewnie jeszcze długo będzie nam towarzyszyć podejrzliwość w stosunku do DAC-ów za mniej więcej 20 tys. złotych, ale ja o D50 nie powiem złego słowa. Hegel skonstruował przetwornik, który nie próbuje kupować uwagi słuchacza tanimi sztuczkami. "Kruk" nie gra pod publiczkę i nie sprawia wrażenia urządzenia zaprojektowanego po to, by robić wielkie wrażenie przez pierwsze pięć minut odsłuchu w salonie. Jego siłą jest to, że zamiast analizować dźwięk, zaczynamy z przyjemnością, ale i zaciekawieniem słuchać kolejnych płyt.
D50 imponuje przejrzystością i wyczuciem proporcji. Potrafi pokazać ogrom informacji bez śladu technicznej szorstkości, zachowując przy tym świetną dynamikę. Nie ma tu żadnej maniery, jakiejkolwiek przesady – jest konsekwencja i bardzo wysoka kultura grania. I chyba właśnie dlatego ten niepozorny, czarny klocek zostawia po sobie tak dobre wrażenie.