Historia marki Soundsmith to w gruncie rzeczy opowieść o jednym człowieku – Peterze Ledermannie. Oficjalną działalność rozpoczął on w 1969 roku jako specjalista od napraw sprzętu audio w White Plains, w stanie Nowy Jork, by z czasem przekształcić swoją "Kuźnię Dźwięku" w cenione centrum serwisowe i projektowe. Na przestrzeni kolejnych dekad zdobywał doświadczenie m.in. w Bozak Corporation oraz w ośrodku badawczym IBM Thomasa J. Watsona, by ostatecznie w pełni poświęcić się rozwijaniu własnej firmy.
Z biegiem lat Soundsmith zasłynął z produkcji wkładek gramofonowych i ich renowacji, a także z dopracowanych przedwzmacniaczy gramofonowych. Obecnie w ofercie ma trzy podstawowe modele phono zaprojektowane z myślą o różnych typach wkładek. Najbardziej przystępną propozycją w tym gronie jest MMP4 Mk II.
Budowa
Budowa MMP4 Mk II odzwierciedla filozofię przyjętą przez markę dla całej serii przedwzmacniaczy gramofonowych. Pozostałe modele to MMP3 Mk II oraz MCP2 Mk II. Oznaczenia pozwalają na szybkie rozszyfrowanie ich przeznaczenia: dwa pierwsze przeznaczono do współpracy z wkładkami o średnim i wysokim poziomie sygnału, natomiast MCP2 Mk II obsługuje konstrukcje niskopoziomowe. Ceny tych urządzeń wynoszą 4.710zł za MMP4 Mk II, 5.090zł za MMP3 Mk II oraz 8.840zł za MCP2 Mk II, przy czym w ofercie znajdują się również droższe wersje, o impedancji wyjściowej 50Ω, przeznaczone dla użytkowników korzystających z długich interkonektów.
Wszystkie trzy przedwzmacniacze powstają ręcznie i są zamykane w identycznych, kompaktowych obudowach z aluminium o głębokości ok. 17,5cm, wysokości 3,8cm i szerokości niespełna 11cm. Zasilanie zapewnia zewnętrzny zasilacz DC typu wall-wart, co sprzyja ograniczeniu zakłóceń.
Standardowe parametry wejściowe MMP4 Mk II obejmują impedancję 47kΩ oraz pojemność 100pF, z możliwością zamówienia innych wartości na życzenie. Wzmocnienie wynosi 43dB, choć producent oferuje także wersję o niższym poziomie gainu – 34dB – przeznaczoną do wkładek o bardzo wysokim napięciu wyjściowym (>4,5mV).
Pod względem konstrukcyjnym MMP4 Mk II wykorzystuje starannie dobrane, niskoszumne komponenty o wysokiej tolerancji, a w krytycznym układzie korekcji RIAA wysokiej klasy kondensatory polistyrenowe. Producent stosuje pasywną korekcję RIAA oraz odpowiednio dopasowane obwody impedancyjne, dążąc do uzyskania niskiego poziomu szumów i zniekształceń, a także zgodności z charakterystyką korekcyjną. Dopełnieniem całości jest firmowy filtr rumble, zaprojektowany tak, by nie wpływać negatywnie na integralność sygnału.
Wszystko w tym brzmieniu jest na swoim miejscu, więc muzyka po prostu płynie i sprawia przyjemność.
W droższym modelu MCP2 Mk II zastosowano dodatkowo ekranowane transformatory podwyższające napięcie (step-up) i regulację impedancji obciążenia w zakresie 10Ω–5kΩ, natomiast MMP3 Mk II wyróżnia się jeszcze niższym poziomem szumów i bardziej wyselekcjonowanymi komponentami. Na tym tle MMP4 Mk II jawi się jako konstrukcja najprostsza, lecz w pełni reprezentatywna dla podejścia Soundsmith – niewielka, precyzyjnie wykonana i pozbawiona zbędnych ozdobników. Na półce prawie niewidoczna, bo woli "zniknąć" i po prostu robić swoje.
Jakość brzmienia
Do odsłuchów wykorzystałem gramofon Pro-Ject X8 Evolution wyposażony we wkładkę Ortofon 2M Black oraz phono Moon 110LP v2 kanadyjskiego Simaudio. Połączenie to stworzyło spójny i wiarygodny punkt odniesienia, pozwalający rzetelnie ocenić charakter testowanego przedwzmacniacza.
Brzmienie MMP4 Mk II wpisuje się w to, czego większość osób szukających "winylowego klimatu" po prostu chce słuchać. Jest jakby "po ciemniejszej stronie", lekko przymknięte u góry – nie ma tu nadmiaru powietrza ani rozdzielczości, które od razu przyciągają uwagę na prezentacjach sprzętu. Zamiast tego dostajemy nasycenie i spójność. Bas schodzi nisko, jest soczysty, przyjemnie sprężysty i wibrujący, góra jest nieco "romantyczna", a całość opiera się na dobrze podanej średnicy. I to właśnie ona "robi robotę".
Co ważne, ten charakter nie oznacza, że każda płyta zostaje przemielona wg jednego schematu i zagrana na jedno kopyto. MMP4 Mk II nie wygładza wszystkiego na siłę. Jeśli nagranie ma w sobie ciepło i miękkość, jak choćby "Careless Love" Madeleine Peyroux, to dokładnie to dostajemy: głos osadzony nieco niżej, zaokrąglony, z solidnym, gęstym fundamentem basowym. Dół potrafi tu być wręcz miękki w konturze, ale jednocześnie nie traci energii – jest "kopnięcie", tyle że bez przesadnego nerwu. Wysokie tony są lekko wycofane, co czasem daje przyjemne poczucie głębi i nasycenia – można słuchać długo i bez zmęczenia, a przy okazji trudniej o grymas przy zbyt jasnych realizacjach.
Z drugiej strony, kiedy materiał tego wymaga, Soundsmith potrafi się zebrać i pokazać więcej precyzji. Na "Midnight Sugar" Tsuyoshi Yamamoto Trio talerze perkusji miały odpowiednią dynamikę, ale ich specyficzna "ostrość", tj. energia najwyższego podzakresu, została delikatnie złagodzona. Bas znów schodził nisko, ale był dobrze kontrolowany, więc nie pojawiał się efekt rozlania. Do tego scena – uporządkowana, plastyczna, rozciągnięta zarówno wszerz, jak i w głąb, z wyraźnie zaznaczonym pierwszym planem.
Wszystko w tym brzmieniu jest na swoim miejscu, więc muzyka po prostu płynie i sprawia przyjemność. Jak dla mnie dokładnie o to w tym wszystkim chodzi – żeby zamiast analizować, można się było złapać na tym, że znowu przewraca się płytę na drugą stronę.
Podsumowanie
Soundsmith MMP4 Mk II unika pokazów typu "patrz, ile potrafię". Działa niczym dobrze ustawiony fotel – może nie zwraca na siebie uwagi, ale po godzinie trudno się z niego podnieść. To propozycja dla tych, którzy wolą słuchać muzyki niż sprzętu. Dla tych, którym nie przeszkadza, że coś jest lekko wygładzone, jeśli w zamian dostają spójność, dociążenie i brak zmęczenia. Jasne, są urządzenia bardziej rozdzielcze, bardziej otwarte, bardziej "audiofilskie" w pokazowym sensie. Tyle że często to właśnie przy takich konstrukcjach szybciej zaczyna się przeglądać półkę z płytami zamiast słuchać tej, która już gra.
MMP4 Mk II idzie w inną stronę. Nie narzuca się, nie analizuje za słuchacza, nie stara się być mądrzejszy od realizatora. Pozwala płytom grać tak, żeby chciało się je słuchać do końca, a potem bez większego namysłu sięgać po kolejne.