Markę Aura Design powołał do życia w 1989 roku Michael Tu. Początkowo funkcjonowała na rynku brytyjskim, lecz po kilku latach produkcję przeniesiono do Japonii, a firma zaczęła występować pod nazwą Aura Design Japan. Po długim okresie obecności na rynku markę przejął japoński koncern Yukimu, który z okazji 35-lecia jej istnienia firmy zdecydował się przypomnieć jedną ze swoich najbardziej rozpoznawalnych konstrukcji. Tak powstała odświeżona wersja wzmacniacza zintegrowanego VA-40.
Najnowsza odsłona tej konstrukcji pozostaje wierna rozwiązaniom, które zadecydowały o charakterze pierwowzoru. W stopniach końcowych zastosowano brytyjskie tranzystory MOSFET firmy Exicon, pracujące w pojedynczym układzie push-pull. Całą architekturę urządzenia podporządkowano właśnie temu fragmentowi toru, zarówno w części zasilającej, jak i sygnałowej. Projektanci zrezygnowali przy tym z jakichkolwiek elementów cyfrowych, pozostawiając wyłącznie klasyczny tor analogowy. W efekcie mamy do czynienia z konstrukcją wyraźnie zakorzenioną w tradycyjnym podejściu do budowy wzmacniaczy - takim, które skupia się na możliwie prostym i krótkim torze sygnału.
Budowa
Minimalizm, jedna z najbardziej charakterystycznych cech konstrukcji Aura VA-40 Rebirth, dotyczy zarówno wyposażenia, jak i samego toru sygnałowego prowadzącego do rzadko dziś spotykanych stopni końcowych. Niska, elegancka obudowa z charakterystycznym frontem skrywa rozwiązania łączące pomysły znane z wcześniejszego modelu z bardziej współczesnym podejściem do projektowania kluczowych sekcji – zwłaszcza zasilania oraz toru wzmacniającego sygnał.
Z zewnątrz wszystko jest podporządkowane prostocie. Na przedniej ściance znalazło się wyjście słuchawkowe 6,3mm, włącznik zasilania oraz dwa pokrętła: jedno odpowiada za regulację głośności, a drugie za wybór źródła. Oba pracują z wyczuwalną precyzją, a przy tym z przyjemną lekkością. Tylny panel również nie próbuje imponować liczbą gniazd. Do dyspozycji są wyłącznie analogowe wejścia stereo na złączach RCA oraz wejście gramofonowe obsługujące wkładki typu MM.
Wnętrze wzmacniacza podporządkowano specyficznej architekturze końcówki mocy, która wymagała szczególnej uwagi w kwestii odprowadzania ciepła. Zastosowano tu nietypowy radiator – pionowy, bardzo płaski, wykonany z aluminium i mający dużą powierzchnię. Jego żebra skierowano w stronę licznych otworów wentylacyjnych rozmieszczonych w górnej pokrywie obudowy. Tranzystory mocy przykręcono bezpośrednio do radiatora, natomiast płytkę drukowaną wraz z elektroniką odwrócono w stronę dolnej części chassis. Takie rozwiązanie poprawia izolację termiczną elementów i sprzyja stabilniejszym warunkom pracy całego układu.
Stopnie końcowe każdego kanału zbudowano na pojedynczej parze tranzystorów Exicon ECX10P20 oraz Exicon ECX10N20, które w tej konfiguracji są w stanie wygenerować nieco ponad 50W mocy. Przy tak oszczędnej topologii elementy pracują stosunkowo intensywnie, dlatego wydajny system chłodzenia nie jest tu dodatkiem, lecz koniecznością.
Na płytce drukowanej uwagę zwraca dobór komponentów. Zastosowano m.in. selekcjonowane metalizowane rezystory firmy Vishay, a w magazynie energii znalazły się płaskie kondensatory Rubycona. W różnych miejscach układu pracują także kondensatory Nichicon z serii Muse – w tym warianty Fine Gold oraz audiofilskie Premium Nichicon Muse KZ. Z kolei w sekcji przedwzmacniacza gramofonowego wykorzystano układy Texas Instruments NE5532.
Jakość dźwięku
Brzmienie Aura VA-40 Rebirth ma wyraźnie określony charakter i dość szybko zdradza swoje priorytety. W centrum uwagi znajdują się barwa, plastyczność oraz płynność prezentacji, co daje o sobie znać zwłaszcza podczas odsłuchu muzyki z użyciem instrumentów akustycznych. Dźwięk rozwija się swobodnie, bez nerwowości i bez pośpiechu, a jednocześnie zachowuje naturalną energię. Poszczególne składowe pasma łączą się w spójną całość, dzięki czemu prezentację odbiera się jako harmonijną i organicznie ciągłą.
W centrum uwagi znajdują się barwa, plastyczność oraz płynność prezentacji.
Pod pewnymi względami brzmienie Aury może kojarzyć się z integrą Accuphase E-270. W obu wypadkach uwagę zwraca wysoka kultura prezentacji oraz spokojne, zdystansowane traktowanie dynamiki – bez napięcia i bez demonstracyjnego eksponowania efektów. Istotną rolę odgrywa również pełna, nasycona barwa. Różnice są jednak wyraźne. Accuphase prowadzi narrację w sposób bardziej powściągliwy i neutralny, podczas gdy VA-40 Rebirth pozwala sobie na większą swobodę w operowaniu barwami. Bywają one wyjątkowo intensywne, chwilami wręcz rozbuchane, jakby wzmacniacz uznał, że skoro już je pokazuje, to powinien robić to z rozmachem.
Szczególnie interesująco wypada zakres wysokich tonów. Łączy on bowiem dwie cechy, które nie zawsze idą w parze: nasyconą barwę oraz dużą ilość informacji. Góra pasma jest jednocześnie soczysta i szczegółowa, a przy tym zachowuje miękkość i delikatność. Podczas odsłuchu nagrań Larsa Danielssona łatwo było wychwycić drobne niuanse w najwyższych rejestrach, które wzmacniacz prezentował bez śladu nerwowości czy przesadnej ostrości. Wysokie tony są gładkie i aksamitne, a zarazem odpowiednio dociążone, zwłaszcza w ich środkowym zakresie. Szczegółowość nie wynika tu z rozjaśnienia przekazu ani z podbijania skrajów pasma, lecz z naturalnej rozdzielczości.
Średnica pełni w tej konstrukcji funkcję szczególną. Jest nasycona i aktywna, ale nie próbuje dominować nad resztą pasma. Charakter tego zakresu nie przypomina lampowego ocieplenia, chodzi raczej o wydobycie pełni brzmienia instrumentów. Podczas odsłuchu nagrań Patricii Barber wzmacniacz bardzo przekonująco budował klimat nagrań i wykazał się wielką muzykalnością. Fortepian miał odpowiednią masę i wybrzmienie, a jego dźwięki były rysowane delikatnie zaokrągloną, ale jednocześnie błyszczącą kreską. Efekt był na tyle sugestywny, że chwilami można było odnieść wrażenie, iż instrument stoi gdzieś pomiędzy kolumnami i tylko cierpliwie czeka, aż ktoś przewróci kolejną kartkę z nutami.
W przypadku słynnego albumu "Kina of Blue" Milesa Davisa świetnie słychać zdolność wzmacniacza do oddawania barwy instrumentów akustycznych. Trąbka Davisa ma odpowiednią metaliczność, ale nie jest ostra, lecz raczej lekko matowa, jakby otulona powietrzem studia. Saksofon Coltrane'a ma natomiast charakterystyczną chropowatość, a kontrabas Paula Chambersa wybrzmiewa z miękkim, sprężystym konturem. Aura nie podkreśla tu szczegółów w sposób demonstracyjny, lecz pozwala muzyce oddychać i rozwijać się w naturalnym tempie.
"Amarok" Mike'a Oldfielda pokazuje z kolei zdolność tego wzmacniacza do pokazywania bogatej kolorystyki instrumentów. Muzyka jest pełena drobnych detali – gitar akustycznych, instrumentów perkusyjnych i krótkich motywów melodycznych. Aura pozwala im wybrzmiewać naturalnie, bez nadmiernego podkreślania detali. Dzięki temu całość przypomina raczej malarską kompozycję dźwięków niż analityczny pokaz szczegółów.
Dolny zakres pasma dobrze wpisuje się w ogólną stylistykę prezentacji. Bas jest sprężysty i pulsujący, a przy tym potrafi ładnie rozciągać wybrzmienia w najniższych partiach. Nie dominuje, lecz stanowi solidny fundament dla reszty pasma. Jednocześnie zachowuje zgodność charakteru z wyższymi zakresami, dzięki czemu całość brzmi spójnie i naturalnie.
Wrażenie przestrzeni jest budowane na bazie wiarygodnie skalowanych źródeł pozornych. Instrumenty mają wyraźne gabaryty i stabilną lokalizację. W koncertowych nagraniach Lee Ritenoura z albumu "Alive in L.A." scena była wypełniona dźwiękiem w sposób przekonujący, z dobrze oddaną głębią i czytelnymi dalszymi planami. Poszczególne elementy układały się w trójwymiarową strukturę, a przestrzeń nie sprawiała wrażenia sztucznie powiększonej. Wszystko miało swoje miejsce, rozmiar i proporcje – dokładnie tak, jak powinno.
Podsumowanie
Aura VA-40 Rebirth przyciąga uwagę sposobem, w jaki porządkuje i pokazuje muzyczną materię. Brzmienie jest wyraźnie analogowe w charakterze, a jednocześnie czytelne i uporządkowane, dzięki czemu łatwo śledzić zarówno główne linie melodyczne, jak i drobniejsze elementy ukryte w nagraniu. Przekaz pozostaje wyrafinowany i nie zamienia się w chłodną analizę – dźwięk zachowuje płynność i naturalną swobodę.
Jedną z najbardziej charakterystycznych cech tej konstrukcji jest sposób operowania barwą. Całe pasmo prezentowane jest z dużą plastycznością i wyraźnym nasyceniem, co nadaje instrumentom namacalność i pozwala im wybrzmiewać z dużą swobodą. Dzięki temu muzyka zyskuje emocjonalny ciężar, który nie wynika z efektownych sztuczek, lecz z konsekwentnego budowania spójnej, barwnej struktury dźwięku. W wielu nagraniach pojawia się też lekki cień nostalgii – taki, który przywołuje skojarzenia z dawnymi wzmacniaczami z czasów, gdy projektanci najwyraźniej mieli więcej cierpliwości, a mniej powodów do instalowania kolejnego modułu sieciowego.
Całość tworzy brzmienie o wyraźnej osobowości. Aura proponuje interpretację muzyki skupioną na kolorystyce, płynności i kulturze prezentacji, a jednocześnie potrafi zachować dobrą przejrzystość przekazu. W efekcie powstał wzmacniacz, który potrafi zainteresować nie tyle efekciarstwem, ile charakterem, co, jak wiadomo, bywa w sprzęcie audio znacznie trudniejsze do osiągnięcia.