Pierwsze Tour One wniosły do katalogu JBL-a powiew świeżości, a wydana po nich modyfikacja M2 potwierdziła, że flagowiec zmierza w dobrym kierunku. Teraz, po ponad dwóch latach przerwy, amerykański producent dorzuca do puli trzecią odsłonę – Tour One M3 – i jest to jedna z tych aktualizacji, które naprawdę robią różnicę. Nowa wersja jest jeszcze bardziej zaawansowana technologicznie. Wyposażono ją w potężną baterię, obsługę LDAC, fenomenalnie działające ANC oraz przetworniki Mica Dome, wykręcone (dosłownie i w przenośni) tak, aby brzmienie przypominało słuchanie kolumn w pokoju
Można więc chyba powiedzieć, że M3 to słuchawki, które nie tyle kontynuują linię, ile w zasadzie ją zamykają, bo trudno wskazać obszar, w którym można by jeszcze coś znacząco poprawić. Mówiąc krótko: jeśli ktoś czekał na powód, by przesiąść się na nowszą wersję, to lepszej okazji może nie dostać.
Budowa i funkcjonalność
Tour One M3 wykonano w większości z wytrzymałego ABS-u, a jedynym metalowym elementem jest opaska ukryta wewnątrz pałąka, na której naniesiono dyskretną podziałkę. Nie wyglądają więc szczególnie hi-endowo, ale znajduje to swoje uzasadnienie: chodzi o utrzymanie masy słuchawek na akceptowalnym poziomie. Nowy model nadal waży niespełna 280g, co zarówno podczas dalekiej podróży, jak i zwykłego spaceru ma istotne znaczenie. Wersję czarną, której mogłem się przyjrzeć z bliska, ozdobiono kilkoma efektownymi wstawkami w kolorze... czarnym. Drobne błyszczące detale – części widelców, logo i ochronne siateczki mikrofonów – ładnie kontrastują z matowym tworzywem i dodają słuchawkom elegancji, która wyraźnie odróżnia Tour One M3 od czasami surowo wyglądających modeli konkurencji. Jeśli ktoś chce się wyróżnić w tłumie, może wybrać słuchawki w kolorze granatowym ze złotymi wstawkami albo wersję mocha, czyli ciepły, elegancki odcień brązu z nutą mlecznej kawy i delikatnym, lekko beżowym tonem.
Muszle mają kształt wyraźnie zaokrąglony, dzięki czemu słuchawki prezentują się przyjaźniej niż typowe konstrukcje wokółuszne. Poduszki grubości dwóch centymetrów wypełniono miękką pianką i obszyto sztuczną skórą. Ta jest delikatna, bardzo gładka i na razie wygląda znakomicie, choć trudno przewidzieć, jak zareaguje na kilka lat podróżowania w plecaku. Pałąk wykończono podobnie, więc komfort jest wysokiej próby – słuchawki dobrze leżą na głowie, a tłumienie pasywne jest na tyle skuteczne, że nawet bez ANC można poczuć się odciętym od otoczenia.
Wewnątrz obudów pracują 40-milimetrowe przetworniki Mica Dome, których membrany pokryto cienkimi płatkami krzemianu dla zwiększenia sztywności bez podnoszenia masy. Przesunięto je maksymalnie do przodu i skręcono do wewnątrz, co zdaniem producenta ma zbliżać sposób prezentacji dźwięku do wrażenia słuchania kolumn. Obok głośniczków zmieściły się układy Bluetooth 5.3 z obsługą LDAC i LC3, moduły ANC, DAC, zestaw aż ośmiu mikrofonów oraz baterie wystarczające na 40 godzin pracy z redukcją hałasu lub nawet 70 godzin bez niej. Aby dodać kolejne pięć godzin grania, wystarczy zaledwie pięć minut ładowania, więc w praktyce trudno doprowadzić akumulatory do kapitulacji.
Sterowanie podzielono między fizyczne przyciski na lewej (głośność) i prawej (włącznik/parowanie oraz przycisk akcji) muszli oraz panel dotykowy po prawej stronie. Dotyk działa płynnie i służy do kontroli odtwarzacza, połączeń telefonicznych oraz mikrofonów dla asystenta głosowego. Oczywiście nie mogło tu również zabraknąć aplikacji JBL Headphones, która w przypadku M3 osiągnęła poziom wręcz imponujący.
Można w niej włączyć funkcję Personi-Fi 3.0 dopasowującą brzmienie do "percepcji słuchowej" użytkownika, skorzystać ze Spatial Sound z opcjonalnym śledzeniem ruchów głowy, ustawić szczegółowy korektor, zmienić tryby ANC, wybrać poziom przepuszczania dźwięków otoczenia czy nawet ustawić budzik. Aplikacja daje też dostęp do ustawień rozmów, w tym kształtowania wiązki mikrofonów, regulacji własnego głosu w słuchawkach oraz funkcji Smart Talk, która wykrywa mowę i automatycznie ścisza muzykę, pozwalając wymienić kilka zdań bez zdejmowania słuchawek.
W zestawie dostajemy twarde etui, komplet przewodów USB-C – zarówno do połączeń cyfrowych, jak i analogowych – i adapter USB-C do USB-A. Brakuje jedynie redukcji 3,5/6,3mm, ale w konstrukcji nastawionej na bezprzewodowość trudno czynić z tego wyrzut. Słuchawki można używać na trzy sposoby: bezprzewodowo, przewodowo z wbudowanym DAC-iem (obsługuje PCM-y do 24-bit/96kHz) lub klasycznie, czyli przez wejście analogowe. Ciekawe jest to, że przy połączeniu cyfrowym akumulatory ładują się w tle, a przy analogowym słuchawki i tak wymagają włączenia zasilania. W praktyce jednak bateria jest tak pojemna, że ładowarka szybko przestaje być elementem codziennego zestawu.
Warto też wspomnieć o jednym zachowaniu, które potrafi zaskoczyć: po każdym uruchomieniu Tour One M3 samoczynnie aktywują ANC, nawet jeśli poprzednio się je wyłączyło. Teoretycznie to drobiazg, ale włączenie redukcji hałasu wpływa na charakter brzmienia. Poza tym pozostaje już tylko cieszyć się ciszą, którą słuchawki potrafią wygenerować – i to dosłownie, bo skuteczność ANC stoi tu na poziomie, którego nie powstydziłby się nawet segment premium.
Jakość dźwięku
Już w trybie bezprzewodowym Tour One M3 pokazują, że JBL bardzo dobrze odrobił lekcję z zakresu izolacji akustycznej. Pasywne tłumienie działa zaskakująco skutecznie, więc nie ma potrzeby włączania ANC, jeśli ze słuchawek korzysta się stacjonarnie. A gdy już się je (tzn. ANC) aktywuje, to w tle zostaje właściwie tylko delikatny szum własny układu – reszta otoczenia wycofuje się niemal całkowicie. Taka baza pozwala LDAC-owi zabłysnąć pełnią możliwości: słuchawki prezentują brzmienie zrównoważone, zwarte i oparte na wyraźnie zaznaczonej podstawie basowej. Dół nie jest napompowany, raczej pewny siebie i dobrze zorganizowany, dzięki czemu trzyma w ryzach całą "konstrukcję tonalną". Delikatnie ocieplone wyższe zakresy dodają muzyce przyjaznego charakteru, przez co lżejsze gatunki i współczesna rozrywka brzmią wyjątkowo naturalnie. Nawet instrumenty akustyczne, które łatwo w takich słuchawkach spłaszczyć, są wystarczająco barwne i swobodne, by z ich słuchania można było czerpać dużo przyjemności.
Prawdziwa zmiana jakości pojawia się po przejściu w tryb USB. Po podłączeniu do komputera i pracy "pod kontrolą" Roona, Tour One M3 potrafią zagrać tak, że łatwo zapomnieć o ich mobilnym i budżetowym rodowodzie.
Jednym z najmocniejszych punktów odsłuchu bezprzewodowego pasywnego jest stereofonia. Scena jest szeroka i wyraźnie wychodzi poza obręb muszli, co w konstrukcjach bezprzewodowych wcale nie jest normą. Odgłosy pojawiające się przed słuchaczem nadają prezentacji wiarygodnej głębi, tworząc wrażenie dobrze uporządkowanej przestrzeni. W tym kontekście od razu widać, że decyzja o skręceniu przetworników miała sens – to rozwiązanie faktycznie przekłada się na sposób prezentowania panoramy.
Prawdziwa zmiana jakości pojawia się po przejściu w tryb USB. Po podłączeniu do komputera i pracy "pod kontrolą" Roona, Tour One M3 potrafią zagrać tak, że łatwo zapomnieć o ich mobilnym i budżetowym rodowodzie. Warto wtedy tak skonfigurować przycisk akcji, by jednym kliknięciem móc wyłączyć ANC, bo różnica jest słyszalna od razu. Brzmienie otwiera się, pojawia się więcej powietrza, a scena rozsuwa się jeszcze szerzej – źródła pozorne, które wcześniej trzymały się bliżej środka głowy, układają się w sposób swobodniejszy, bardziej naturalny.
Góra pasma, dotąd momentami nieco powściągliwa, zyskuje przejrzystość i blask, acz bez cienia ostrości. Bas zachowuje swoją dynamikę, jednak staje się szybszy, bardziej sprężysty, co korzystnie wpływa na ogólną czytelność i motorykę brzmienia. Całość przesuwa się w stronę grania wyraźnie bardziej neutralnego, a zarazem efektownego.
Podsumowanie
JBL Tour One M3 to słuchawki, które potrafią zaskoczyć nie tylko skutecznym ANC, ale przede wszystkim dojrzałym podejściem do brzmienia. W trybie bezprzewodowym oferują solidną dynamikę, dobrą kontrolę basu i przestrzeń, której wiele konstrukcji w tej klasie może im pozazdrościć. Po podłączeniu przez USB pokazują jednak zupełnie inny poziom, grając znacznie czyściej, szerzej i bardziej naturalnie. To moment, w którym wyraźnie widać, że słuchawki mają większy potencjał niż sugeruje ich mobilny charakter. Stereofonia stoi tu na wyjątkowo wysokim poziomie, zwłaszcza przy wyłączonym ANC. Całość jest dopracowana, spójna i pozbawiona efekciarstwa, które często towarzyszy słuchawkom lifestyle'owym.
Tour One M3 nie próbują udawać studyjnego narzędzia, ale potrafią zbliżyć się do brzmienia znanego z konstrukcji stacjonarnych. Jeśli ktoś szuka modelu, który w podróży zapewni komfort i ciszę, a przy biurku pokaże bardziej "audiofilską twarz", to trudno o lepszy kompromis.