hi-fi

Goldmund Telos 7 NextGen

test |
Wzmacniacz zintegrowany - Goldmund Telos 7 NextGen Rekomendacja

Marka Goldmund jest zapewne znana wszystkim audiofilom, problem w tym, że w Polsce nie było oficjalnej dystrybucji, ale to się zmieniło...

Dzięki wrocławskiej firmie Galeria Audio marka Goldmund zawitała do Polski, a pierwszym urządzeniem tego producenta, które trafiło do naszych testów redakcyjnych jest integra Telos 7 NextGen. Zanim jednak napiszę o tym wzmacniaczu, wypada bliżej przedstawić markę Goldmund.

Ciekawostką jest fakt, że Goldmund powstał w 1978 roku we... Francji. To tam opracowano pierwszy produkt, czyli ramię gramofonowe T3. Ledwie rok później na rynek trafił gramofon Studio z napędem bezpośrednim, akrylowym talerzem i rozwiązaniem nazwanym przez producenta "mechanical grounding" (mechaniczne uziemienie), stosowanym do dziś w wielu produktach tej marki. Zaledwie dwa lata po założeniu firmy, a więc w 1980 roku, została ona wykupiona przez Michela Reverchona i przeniesiona do szwajcarskiej Genewy. Trzy lata później, na targach CES, zaprezentowano gramofon - The Studio Turntable LP - który został wybrany przez amerykański magazyn Absolute Sound do elitarnego grona najlepszych komponentów analogowych.

Pierwsze komponenty elektroniczne marki Goldmund, a więc przedwzmacniacz Mimesis 2 i końcówka mocy Mimesis 3 trafiły na rynek dopiero w roku 1987, a w 1988 ta szwajcarska firma zaprezentowała jedne z najbardziej znanych i najbardziej oryginalnych kolumn w historii, model Apologue. W późniejszym czasie, oprócz rozwijania elektroniki i kolumn przeznaczonych do systemów stereo wysokiej i najwyższej klasy, Goldmund wkroczył z sukcesami, także na rynek kina domowego.

Goldmund Telos 7 NextGen

Na przestrzeni ponad 40 lat działalności Szwajcarzy zbudowali reputację jednego z czołowych producentów sprzętu audio. Jako że celem nadrzędnym tej firmy jest możliwie najdoskonalsze, najwierniejsze brzmienie dostarczane przez fantastycznie zbudowane, wyglądające i niezawodne urządzenia, co niejako wymusza stosowanie najlepszych, a więc drogich, materiałów i rozwiązań, Goldmund jednoznacznie kojarzy się z najwyższą półką cenową. Potwierdza to poniekąd otrzymany do testu drugi od dołu wzmacniacz zintegrowany Telos 7 NextGen, który choć jest jednym z najtańszych i tak kosztuje tyle, co niejeden topowy produkt innej marki.

Budowa

Urządzenie to wygląda dość niepozornie w porównaniu z flagowymi produktami Goldmunda. Prosta, choć solidna, sztywna i wykończona bez zarzutu obudowa, mówiąc szczerze, nie kojarzy się z ekskluzywną, drogą marką. Urządzenie nie jest ani duże, ani ciężkie, mierzy bowiem 440x105x365mm (szer/wys/gł.) i waży ledwie 10kg. Na pozbawionym ozdobników, płaskim froncie umieszczono pokrętło regulacji głośności, któremu towarzyszą dwie diody (zasilania i "lock", potwierdzająca, że na wybrane wejście trafia sygnał) i malutki przełącznik hebelkowy, który pełni funkcję selektora wejść. Całość ustawiono na specyficznych nóżkach wykorzystujących wspomniane rozwiązanie o nazwie "mechanical grounding".

Zaglądamy na tył wzmacniacza i okazuje się, że jest on równie skromny. Świetnej jakości pojedyncze gniazda głośnikowe, jedno pozłacane, niezbalansowane wejście analogowe (RCA), trzy wejścia cyfrowe do wbudowanego, firmowego DAC-a (USB, optyk i koaksjalne), port RS232, gniazdo zasilania. I tyle. Nad tym ostatnim umieszczono włącznik urządzenia - nie zwróciłem na niego uwagi podłączając kabel zasilający przez co, gdy przyszło do włączenia Telosa 7 NextGen, chwilę zajęło mi ustalenie, jak się to właściwie robi. Dopiero po dłuższej chwili, szukając włącznika, zorientowałem się, iż spory wtyk EIC Furutecha (znakomitej sieciówki Siltech Classic Legend 880) skutecznie ów włącznik zasłonił.

Goldmund Telos 7 NextGen

Wzmacniacz mimo niewielkich rozmiarów, ale zgodnie z filozofią firmy, która mówi, że ten rodzaj urządzenia ma dostarczyć kolumnom odpowiednią ilość prądu i zagwarantować doskonałą kontrolę przetworników, potrafi oddać nawet 190W mocy przy 8Ω. Ta wartość w połączeniu z niewysokim, ale wystarczającym współczynnikiem tłumienia (tzw. dumping factor dla 1kHz i 8Ω) wynoszącym 220 i maksymalnie obniżoną impedancją wyjściową wzmacniacza, gwarantuje doskonałe wysterowanie większości kolumn dostępnych na rynku. Konstrukcja wykorzystuje rozwiązania znane z serii Telos NextGen - odseparowane sekcje wejściowe i wyjściowe, maksymalną liniowość i minimalny poziom zniekształceń.

Dodam jeszcze, że wzmocnienie (gain) tego urządzenia to 35dB. Wejście USB (dla serwerów z systemem Windows konieczny jest sterownik, w iOS i Linuxie obsługiwane będzie natywnie), za które odpowiada układ XMOS, potrafi przyjąć sygnał PCM w rozdzielczości do 32 bitów i 384kHz oraz DSD (DoP). Danych dla pozostałych wejść cyfrowych, koaksjalnego RCA i optycznego Toslinka, producent nie podaje.

Ujmując rzecz krótko, Telos 7 NextGen nie robi dużego wrażenia ani wyglądem, ani funkcjonalnością, może jedynie marką, parametrami i niemal skandynawskim minimalizmem. Parametry jednakże, nieważne jak imponujące na papierze, liczą się tak naprawdę dopiero wtedy, gdy przekładają się na dźwięk wysokiej klasy. Jak się wkrótce okazało, wrażenie soniczne serwowane przez integrę Telos 7 NextGen to... zupełnie inna bajka.

Jakość brzmienia

Odsłuchy zacząłem od LampizatOra Pacific, jako źródła. Początkowo połączony był do wejścia analogowego interkonektem Siltech Classic Legend 680i, później na zmianę Marohei i TelluriumQ Statement, a w końcu Hijiri Million, Telosa 7 NextGen. Później w roli głównego źródła zastąpił go gramofon J.Sikora Standard Max z firmowym ramieniem KV12 oraz wkładką AirTight PC3 i przedwzmacniaczem gramofonowym GrandiNote Celio. Testowany wzmacniacz najpierw napędzał kolumny GrandiNote MACH 4, a później Ubiq Audio Model One Duelund Edition. Te drugie to spore, 3-drożne konstrukcje w obudowie zamkniętej z 12-calowymi wooferami, które lepiej pozwoliły mi sprawdzić "sprawność" testowanego wzmacniacza w zakresie kontroli nad kolumnami. Na koniec odsłuchów wykorzystałem również wejście USB wzmacniacza wysyłając do niego sygnał z mojego serwera za pośrednictwem topowego kabla USB Davida Labogi, czyli Expression Ruby.

Goldmund Telos 7 NextGen

Rzadko kiedy jakieś urządzenie audio robi na mnie tak duże wrażenie, jak ten wzmacniacz. I nie chodzi tu o efekciarstwo, bo tego w Goldmundzie nie ma za grosz. Być może to kwestia mojego nieobycia z produktami tej marki, a może swego rodzaju dysproporcja między jednak niepozorną aparycją Telosa 7 NextGen a znakomitym brzmieniem, które popłynęło z głośników. Faktem jest, że nie było żadnego okresu dochodzenia do optymalnego brzmienia (osiągnięcia właściwej temperatury), który to proces nie jest właściwy wyłącznie urządzeniom lampowym, czy tranzystorom w klasie A, ale i tym, które jak Goldmund, pracują w klasie A/B. Ja nie musiałem się akomodować do brzmienia odmiennego od tego, do którego przyzwyczaił mnie mój własny system. Ta integra od pierwszych sekund przykuła moją uwagę i utrzymywała mnie w tym stanie do końca odsłuchów.

Co zrobiło na mnie aż tak duże wrażenie? Z jednej strony to kwestia wyjątkowego połączenia wielu cech lampowej i tranzystorowej technologii wzmacniania sygnału. Dodam, że połączenia innego, lepszego niż w przypadku większości znanych mi konstrukcji hybrydowych, czyli takich w których faktycznie łączy się (najczęściej) lampowe stopnie wstępne z tranzystorowymi końcówkami mocy (acz są i przypadki odwrotne). Odsłuchy zacząłem od starszych nagrań jazzowych, m.in. Coltrane'a i Ammonsa. W obu przypadkach saksofony mistrzów zabrzmiały niczym z doskonałych wzmacniaczy lampowych. Świetna mikrodynamika, otwarty, pełen powietrza dźwięk, duże, namacalne i obecne źródła pozorne, pięknie oddana barwa, mnóstwo mikrodetali, naturalność i płynność brzmienia na zachwycającym poziomie. Po prostu znakomita prezentacja niczym z rasowego lampowca!

W odpowiednich momentach dźwięk był matowy, w innych nie dość, że pięknie dźwięczny, to jeszcze, nasycony, mocny, słowem - prawdziwy dla tego instrumentu. Dobre tranzystory i owszem imponują precyzją, detalicznością, potrafią dać słuchaczowi wgląd w najgłębsze warstwy nagrania, pozwalają studiować najmniejsze, precyzyjnie pokazane detale, ale prawie nigdy, poza nielicznymi wyjątkami (zwykle w klasie A, jak moje Shinai GrandiNote) nie potrafią wykreować tak przekonującego wrażenia obecności wykonawców, takiego prawdziwego, wciągającego klimatu znakomitych nagrań ze złotych czasów jazzu (i nie tylko).

Podobne odczucia przyszły później z dobrymi nagraniami wokalnymi, choćby popisami genialnego Bobby'ego McFerrina. Sięgnąłem do pamięci szukając innego (czystego, tzn. bez lamp w stopniu wstępnym, czy końcowym) tranzystora, który w tak przekonujący sposób potrafiłby oddać ludzkie głosy i nic nie przychodziło mi na myśl. Bobby i jego popisy, zwłaszcza w nagraniach live, wciąganie do zabawy publiczności, brzmiały z Telosem 7 NextGen po prostu znakomicie. Barwa, detale techniki śpiewu, słyszalny oddech, a przede wszystkim emocje, w których oddawaniu zwykle tranzystory najbardziej odstają od konstrukcji z lampami na pokładzie. Goldmund serwował wszystkie te elementy w sposób, który wydawał mi się do tej pory właściwie niedostępny dla urządzeń czysto kwarcowych. A dorzućmy do tego jeszcze kolejny aspekt - przestrzenność brzmienia, bo w dobrych nagraniach to nie tylko kwestia obecności artystów, ich namacalności, precyzji lokalizacji wszystkich źródeł pozornych, ale i kreowania wrażenia przebywania w przestrzeni, w której dokonano nagrania. Niewielkiej, jeśli było to studio, albo ogromnej jak choćby w przypadku znakomitych nagrań Arne Domnerusa (z "Antiphone blues") dokonanych w kościele, którego ogromną kubaturę było z pomocą Telosa 7 NextGen nie tylko słychać - miałem wrażenie, że ja tam po prostu byłem!

Goldmund Telos 7 NextGen

Z drugiej strony, od początku jasne było nadzwyczajne wyrafinowanie tej prezentacji, ogromna ilość informacji, które Goldmund prezentował z absolutną swobodą, w uporządkowany, a jednocześnie niewymuszony sposób. Przychodziło mu to bez wysiłku, bez robienia czegokolwiek na siłę, bez prężenia (umownych) muskułów. Szwajcarska integra perfekcyjnie kontrolowała przetworniki obu par moich kolumn i stąd brała się owa wyjątkowa swoboda i precyzja prezentacji. Jasne, że to drogi wzmacniacz, więc patrząc na cenę należy oczekiwać po nim wiele, ale znam inne w podobnych cenach, które w wielu aspektach brzmienia, a zwłaszcza w zakresie kontroli głośników i (podkreślę raz jeszcze - swobodnej, niewymuszonej) prezentacji, i nie dorównują Telosow. Trudno również mi było zapomnieć, że to ledwie druga integra od dołu oferty tej marki, a na dodatek przed oczami miałem cały czas jej niepozorną formę. Oczywiście nie mam nic przeciwko takiej formie, gdyż dla mnie ważniejszy od wyglądu jest dźwięk. Przecież bajerancka obudowa nie pomaga w uzyskiwaniu topowego brzmienie.

Testowany wzmacniacz sprawdził się znakomicie w muzyce akustycznej i wokalnej, czym mnie mocno zaskoczył, ale przecież od tranzystora oczekujemy przede wszystkim energii, dynamiki, potęgi brzmienia, słowem elementów, które przydają się bardziej w muzyce rockowej, albo dużej klasyce. Mocniejszą gatunkowo sesję odsłuchową rozpocząłem albumem "Spunk" zespołu TSA. Nie jest to oczywiście nagranie audiofilskie, ale za to pełne elementów pozwalających przetestować tę bardziej tranzystorową stronę Goldmunda. Testowany wzmacniacz zachował się... nie do końca, jak większość rasowych konstrukcji tego typu. O ile bowiem te ostatnie imponują świetnym prowadzeniem basu, jego potęgą, bardzo dobrym PRAT-em (tempo, rytm i timing), to niezmiernie rzadko tak doskonale jak on, dociążają i wypełniają tony średnie i wysokie. Dlatego w ich wykonaniu często niedoskonałe nagrania rockowe potrafią brzmieć nieco szczupło, jaskrawo i/lub ostro, a wówczas ich słuchanie staje jest męczące. Tymczasem z Telosem 7 NextGen gitary elektryczne za każdym razem miały odpowiednie "mięcho", znakomity drive i energię.

Rockowe wokale były pełne, mocne, a przy tym odpowiednio chropowate, kipiąc przy tym emocjami.

Doskonale słuchało mi się więc Stevena Tylera, Briana Johnsona, a nawet Bono, bo i (słabych technicznie) nagrań U2 dało się z Goldmundem słuchać z przyjemnością. Nawet góra pasma, czyli często najsłabszy element nagrań tego gatunku muzycznego, nie raziła. Mało tego, mogła się wręcz podobać! Nie było suchości, jaskrawości, ani ziarnistości. Była za to energia i blask bijący od dociążonych, mających odpowiednią masę blach. Co ciekawe, często spłaszczane w takich realizacjach dynamika i przestrzeń, wcale mnie nie raziły (co nie znaczy, że magicznie zmieniły się w doskonałe!). Szwajcarska integra potrafiła także wszystkie te elementy spiąć w całość - płynną, wysoce energetyczną, porywającą. Nieważne czy była to wspominana kapela TSA, Sisters of Mercy, AC/DC, czy Aerosmith.

Telos 7 NextGen niczym wzmacniacze lampowe potrafił, z jednej strony delikatnie wygładzić wszystkie ostre krawędzie, z drugiej zaś skupić moją uwagę na muzyce, energii, rytmie, słowem na doskonałej zabawie. Z tym że nawet jeśli o niej zapominałem, starając się analizować to co słyszę, i tak brzmiało zdecydowanie lepiej niż w przypadku większości znanych mi wzmacniaczy tranzystorowych. Sugeruje to co prawda niewielkie odstępstwo od absolutnej wierności nagraniom, ale w tych dobrych nie było tego słychać, a w słabszych ogromnie zwiększało to przyjemność słuchania. Jeśli jednak ktoś oczekuje, że usłyszy każdą wadę, czy słabość nagrań, to lepiej poszukać innego wzmacniacza.

Mówiąc szczerze, bazując na własnym doświadczeniu, nie bardzo wierzę w klasę przetworników cyfrowo-analogowych integrowanych we wzmacniaczach. Wprawdzie trafiają się naprawdę niezłe, ale zwykle właśnie na poziomie "niezły" (w kategoriach audiofilskich) się kończy. Często samodzielne przetworniki cyfrowo-analogowe już za kilka tysięcy wykazują wyższość nad zintegrowanymi nawet w dość drogich wzmacniaczach. W przypadku integry za blisko 40 tys. zł grającej tak znakomicie jak Goldmund, wbudowany DAC musiałby być naprawdę wyjątkowy. Nie paliłem się do testowania tego elementu Telosa 7 NextGen, ale wreszcie nadszedł ten czas. Byłem ciekaw, jak bardzo wejście USB Goldmunda odstaje klasą brzmienia od mojego referencyjnego LampizatOra Pacific. Warto jeszcze wspomnieć, że ten ostatnio kosztuje blisko trzy razy więcej niż cała testowana integra.

Goldmund Telos 7 NextGen

Jakież było moje zdziwienie, gdy się okazało, że wbudowany DAC robi dobrą robotę. Skłamałbym, że dorównuje Lampizatorowi, ale jest naprawdę dobry. Gra równo, pełnym, zrelaksowanym, pozbawionym nerwowości dźwiękiem, który brzmi bardzo niecyfrowo. Jest dużo detali, niezła rozdzielczość, swoboda, bas potrafi zejść nisko i jest dobrze kontrolowany, a tony wysokie ładnie błyszczą.

Nie testuję ostatnio zbyt wielu DAC-ów, ale w przypadku zewnętrznych konkurentów grających porównywalnie i lepiej, trzeba szukać na poziomie ok. 10 tysięcy złotych. Słowem, inżynierowie Goldmunda wykonali kawał dobrej roboty także w przypadku DAC-a.

Podsumowanie

Przygoda z Goldmundem Telos 7 NextGen była o tyle niezwykła, że po dwóch dniach odsłuchów, gdy rano zasiadałem przed systemem, wybierałem w Roonie 4-5 albumów koniecznie z różnych gatunków muzycznych, a później pozostawiałem już kwestię doboru repertuaru roonowemu radiu. W ten sposób odkrywałem na nowo mnóstwo utworów i wykonawców, do których rzadko wracam, głównie ze względu na ich kiepską jakość. Z Telosem właściwie wszystko brzmiało co najmniej dobrze, ale przy tym, co ważne, różnicowanie nagrań stało na wysokim poziomie. Absolutnie nie było mowy o uśrednianiu wszystkich realizacji do jednego, przyzwoitego poziomu. To kwestia raczej podciągania tych słabszych nieco w górę, a przy tym fantastycznej prezentacji tych wysokiej klasy. No i wyjątkowej, zwłaszcza jak na tranzystor, muzykalności tego urządzenia.

Rozstawałem się z Telosem 7 NextGen bardzo niechętnie, a teraz pozostaje mi liczyć, że trafią do mnie kolejne urządzenia z tej szwajcarskiej stajni w miarę, jak dystrybutor będzie powiększał dostępną w Polsce ofertę.

Werdykt: Goldmund Telos 7 NextGen

  • Jakość dźwięku

  • Jakość / Cena

  • Wykonanie

  • Możliwości

Plusy: Kapitalnie muzykalny, przestrzenny, ale i rozdzielczy; doskonale kontroluje kolumny.

Minusy: Jedno wejście analogowe to trochę mało...

Ogółem: Niepozorny, ale gra tak, że nie ma to żadnego znaczenia. Fantastyczna integra do systemów z naprawdę wysokiej półki!

Ocena ogólna:

PRODUKT
Goldmund Telos 7 NextGen
RODZAJ
Wzmacniacz zintegrowany
CENA
38.000 zł
WAGA
10 kg
WYMIARY (S×W×G)
440×105×365 mm
DYSTRYBUCJA
Galeria Audio
www.galeriaaudio.pl
NAJWAŻNIEJSZE CECHY
  • Pasmo przenoszenia: 20Hz-20kHz±0,5dB
  • Moc wyjściowa: 190W (8Ω)
  • Wejścia: 1xRCA analogowe, 1xUSB, 1xToslink optyczny, 1xRCA koaksjalny
  • Wyjścia: głośnikowe pojedyncze
  • Metalowy pilot zdalnego sterowania
  • Zużycie prądu - nominalne 240W, maksymalne 700W
  • Gain: 35dB
  • Damping factor: 220