hi-fi

SPEC RSA-M99

test |
Wzmacniacz zintegrowany - SPEC RSA-M99 Wybór Redakcji

Projektując model RSA-M99 inżynierowie japońskiego SPEC-a postanowili podejść do tego tak, jakby był on instrumentem muzycznym. Co z tego wyniknęło? Sprawdźmy!

Minął mniej więcej rok od mojego ostatniego spotkania ze wzmacniaczem marki SPEC. Był to model RSA-M3EX. Patrząc na specyfikację testowanego obecnie RSA-M99 nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że te dwa produkty muszą być z sobą mocno spokrewnione (tzn. mocniej niż jedynie przez wspólnego producenta). Nowa integra ma bowiem taka samą moc i kilka innych parametrów, a także te same rozmiary i wagę.

Udałem się więc na stronę producenta, by sprawdzić bieżącą ofertę i nie znalazłem już tam pierwszego modelu. Stąd prosty wniosek, że testowany model jest jego, zapewne udoskonalonym, następcą. Pomimo podobieństw, jako że trudny do pomylenia dizajn wzmacniaczy SPEC-a się nie zmienił, pewne różnice widać już na pierwszy rzut oka. Wcześniej pisałem już, że wizja wyglądu produktów proponowana przez tę japońską firmę, bardzo ale to bardzo, do mnie przemawia. A że była to także pierwsza marka, której wzmacniacze w klasie D przekonały mnie do siebie, już wtedy pisałem, że chętnie zostawiłbym na stałe u siebie jeden z produktów marki SPEC, by raczyć nim zarówno uszy jak i oczy.

Tak, zdaję sobie sprawę, że wiele osób odstręcza hasło "klasa D" i... generalnie rzecz biorąc sam należę do tej grupy. Większość wzmacniaczy w analogowej klasie D (podobnie jak i wzmacniacze cyfrowe) nie przekonało mnie jeszcze do siebie. To nie jest moje granie i tyle. Ale w przypadku SPEC-a doświadczonemu twórcy marki, panu Shirokazu Yazaki, fanowi lamp, od początku przyświecała idea stworzenia urządzeń, które będą brzmiały jak lampowe, ale jednocześnie będą pozbawione wad tej technologii, w tym niskiej mocy. Zapewne wielu konstruktorów miało podobny pomysł, ale to panu Yazaki ta trudna sztuka udała się wyjątkowo dobrze.

SPEC RSA-M99

Jego wzmacniacze grają naturalnym, barwnym, angażującym dźwiękiem bliskim temu, co oferują moje ukochane SET-y (Single Ended Triode), dysponując jednocześnie dużo wyższą mocą. Dzięki temu ogromnie rośnie pula kolumn, które można z takim wzmacniaczem zestawić, a to eliminuje jedno z podstawowych zastrzeżeń, jakie ma wiele osób, którym brzmienie lamp bardzo się podoba. W SPEC-u nie ma lamp, które z czasem się zużywają, czy też mogą (jako że się mocno grzeją) stanowić potencjalne zagrożenie dla małych rączek, czy łapek współlokatorów miłośników muzyki. Pamiętając brzmienie opisywanego modelu, mogę śmiało stwierdzić, że osoby, które lubią organiczne, ekspresyjne, angażujące granie wzmacniaczy lampowych, ale z jakichkolwiek przyczyn nie chcą/nie mogą takowych posiadać, powinny posłuchać jednej z propozycji SPEC-a.

Budowa

Zwarta aluminiowa, fantastycznie wykonana i wykończona bryła obudowy spoczywa na drewnianej płycie, a ta opiera się na trzech drewnianych nóżkach. Na froncie znajdują się jedynie dwa pokrętła i charakterystyczny włącznik. Jak już kiedyś pisałem, przełączniki tego typu są stosowane np. w niektórych samolotach i innych profesjonalnych maszynach. Rzecz w tym, że by zmienić jego pozycję, należy najpierw pociągnąć go do siebie, a dopiero potem przestawić, co zapobiega możliwości przypadkowego włączenia/wyłączenia. W przypadku wzmacniacza blokada przypadkowego przełączenia może nie być tak bardzo istotna (choć utrudni włączenie wzmacniacza dzieciom), ale zarówno wygląd przełącznika, jak i specyficzna obsługa będą dla wielu osób dodatkowym elementem przemawiającym do ich poczucia estetyki.

Jak wspomniałem, użytkownik do obsługi wzmacniacza dostaje dwie gałki. To pierwsza wizualna różnica w porównaniu do wspominanego RSA-M3EX. Poprzednio inne było pokrętło regulacji głośności i inny przełącznik wejść (mniejsza gałka o spłaszczonym kształcie). Teraz obie są takie same - duże, okrągłe i dyskretnie podświetlone. Owo żółtawe podświetlenie można wyłączyć przełącznikiem na tylnym panelu. Jest ono jednak na tyle dyskretne i ma taki sam kolor jak dioda sygnalizująca o włączeniu wzmacniacza, że nie przeszkadza, a wręcz dodaje uroku wzmacniaczowi. Dodam jeszcze, że na froncie, centralnie, umieszczono dyskretne wygrawerowane logo firmy, a poniżej, na przedniej krawędzi drewnianej płyty, napis SPEC.

Na tylnej ściance znalazło się: pięć wejść analogowych – dwa zbalansowane (XLR) i trzy niezbalansowane (RCA), pojedyncze gniazda głośnikowe akceptujące wszystkie rodzaje zakończeń kabli głośnikowych, złącze zasilania oraz trójpozycyjny przełącznik. O jednej jego funkcji już wspominałem – włączanie/wyłączanie podświetlenia gałek na froncie. Ostatnia pozycja umożliwia przełączenie trybu pracy urządzenia, które może pracować jako integra, bądź jako końcówka mocy. W tej drugiej opcji do wyjść głośnikowych trafia nietłumiony sygnał (z gainem 20dB). W przypadku nieintencjonalnego ustawie

SPEC RSA-M99

nia przełącznika w tej pozycji bez wykorzystania źródła z własną regulacją głośności (albo zewnętrznego przedwzmacniacza), powstałoby ryzyko uszkodzenia kolumn. Dlatego właśnie możliwość przestawienia tego przełącznika jest prowizorycznie zablokowana za pomocą naklejki – trzeba ją świadomie usunąć zanim będzie możliwe wybranie trybu pracy końcówki mocy. Ostatnim elementem tylnej ścianki jest wejście dla zewnętrznego odbiornika zdalnego sterowania. W standardzie wzmacniacz sprzedawany jest bez pilota, jako że zdaniem konstruktorów integracja odbiornika w urządzeniu miałaby negatywny wpływ na jakość brzmienia, a to jest przecież priorytetem. Można więc dokupić osobno pilota wraz z zewnętrznym odbiornikiem podpinanym do wspomnianego wejścia.

Wróćmy na chwilę do drewnianych elementów obudowy. Nie są one nowością, gdyż inżynierowie SPEC-a stosują je od dawna. Jednakże w przypadku testowanego modelu mocno podkreślają skąd wzięła się idea. A wzięła się od instrumentów muzycznych, z których wiele wykonanych jest przecież z drewna i korzysta z naturalnych rezonansów tego materiału by wzbogacić dźwięk. Zadaniem komponentów audio jest jak najwierniejsze odtworzenie muzyki granej przez instrumenty, więc drewno zastosowane w urządzeniach SPEC-a ma nadać ich brzmieniu jak najbardziej naturalny, organiczny charakter.

Zakładam, że o to chodziło twórcom tej integry, a nie o możliwość dowolnej interpretacji odtwarzanej muzyki, co umożliwiają przecież instrumenty. Wybór rodzajów drewna nie jest przypadkowy. Platformę, na której umieszczono obudowę, wykonano z drewna świerkowego sprowadzanego... z Europy. Wybrano je dla jego doskonałych właściwości sonicznych potwierdzonych faktem, iż to z niego wykonuje się wierzchnie warstwy pudeł rezonansowych gitar i skrzypiec, a nawet fortepianów. Dodatkowo platformę oparto na trzech nóżkach wykonanych z dwóch rodzajów drewna - japońskiego klonu oraz amerykańskiej hikory. Co istotne, tylko ta ostatnia, znajdująca się w centralnej części każdej nóżki/stożka ma kontakt z podłożem i jest to w pełni zamierzone.

Osiągnięcie zamierzonego brzmienia w klasie D wymagało od inżynierów SPEC-a wiele pracy i setek godzin spędzonych na doborze komponentów. Solidna, "strojona" drewnem obudowa to jeden z elementów. Ekranowany rozbudowany zasilacz oparty na transformatorze typu R-Core, kondensatorach elektrolitycznych i diodach Schottkiego, ma swoją rolę do odegrania. Podobnie jak wybrane w trakcie licznych odsłuchów kondensatory.

SPEC RSA-M99

Jak napisałem w jednej z moich poprzednich recenzji, japoński Nichicon produkuje specjalny typ kondensatorów mikowych Hibiki-Ichi dla SPEC-a, natomiast amerykański, dostarcza olejowe, będące repliką produktów sprzed circa pół wieku. Te właśnie pan Yazaki uznał za najlepsze, więc mimo że łatwiej byłoby stosować standardowe modele, firma zamawia właśnie te. Nawet sama sekcja wzmacniająca pracująca w klasie D nie wykorzystuje powszechnie stosowanych modułów (typu ICEpower, czy Hypex) tylko zaprojektowane przez pana Honda i produkowane w USA.

W stopniu wyjściowym pracują tranzystory typy MOSFET znane z bardziej organicznego brzmienia niż ich bipolarne odpowiedniki. Regulacja głośności odbywa się w domenie analogowej w 256. 0,5dB krokach.

Jakość brzmienia

Moje wcześniejsze doświadczenia z wzmacniaczami SPEC sprawiły, że RSA-M99 nie zaskoczył mnie kompletnie (a jedynie trochę), co może się zdarzyć osobom, które wcześniej słuchały konstrukcji klasy D, wyłącznie innych producentów. Z moich doświadczeń ci "inni" oferują (w uproszczeniu) dwa rodzaje takich urządzeń. Jedne opierają swoje brzmienie na maksymalnej kontroli kolumn, wysokiej mocy, szybkości, dynamice, prowadzeniu dźwięku w bardzo czysty, pewny, ale na moje ucho dość bezbarwny, suchy, nieangażujący sposób. Inni z kolei tworzą wzmacniacze grające bardzo wręcz ciepło, przyjemne dla ucha, ale odbiegające od naturalnego brzmienia może nawet jeszcze bardziej niż te pierwsze. Urządzenia SPEC-a łączą te dwa światy, a testowany model nie jest wyjątkiem, dorzucając do tego wyrafinowanie, ekspresję, przestrzenność i namacalność prezentacji zaczerpnięte z dobrych lamp.

Jednym z pierwszych przesłuchanych albumów był krążek zespołu Spyro Gyra "Three wishes". To takie smooth-jazzowe granie, dobrze nagrane i wydane. I już ten krążek pozwolił mi docenić tak pożądane połączenie cech brzmienia – nasycenia i gęstości z gładkością i namacalnością, ale i szybkością i siłą uderzenia perkusji, czy gitary basowej. Gładka, acz dźwięczna góra łączyła się z mocnym, schodzącym nisko basem, a oba skraje pasma doskonale wspierały wszystko to, co działo się w średnicy. A działo się wiele za sprawą wysokiej rozdzielczości, dobrego różnicowania w zakresie barwy i dynamiki i pięknego oddania barwy instrumentów. Całość rozgrywała się na sporej scenie, a lokalizacji instrumentów nie można było niczego zarzucić (choć ostateczny werdykt w zakresie tych aspektów, pozostawiłem sobie do czasu posłuchania nagrań zrealizowanych na żywo).

Jeszcze lepszą zabawę zaserwował mi Band Stanleya Clarke'a. Po ubiegłorocznym koncercie tego fenomenalnego muzyka w Warszawie wracam do jego krążków bardzo często, próbując z różnymi komponentami uzyskać przyzwoitą namiastkę tej niesamowitej energii, jaką zespół powalał wręcz ze sceny Stodoły. SPEC grając z moim LampizatOrem Pacific i kolumnami MACH4 GrandiNote, spisał się znakomicie. To było bardzo szybkie, świetnie kontrolowane, ale jednocześnie odpowiednio gęste i dociążone granie.

SPEC RSA-M99

Bas mistrza potrafił zejść bardzo, bardzo nisko kipiąc wręcz energią, ale każde szarpnięcie i wytłumienie struny było szybkie, wręcz natychmiastowe dowodząc doskonałej kontroli nad głośnikami. Jednocześnie nie było mowy o jakimkolwiek sztucznym utwardzaniu niskich dźwięków. Czy to gitara basowa, czy kontrabas, zawsze miały w sobie naturalną miękkość i zwinność oddającą genialne umiejętności jednej z największych legend basu. W samych superlatywach mogę się również wypowiedzieć o prezentacji perkusji. Oczywiście tu raczej nie było mowy o miękkości, tylko o sprężystości, ale i ta brzmiała niezwykle naturalnie, a wszystkie impulsy oddawane były błyskawicznie. To że wzmacniacz nadążał nawet w momentach największych szaleństw, świadczy o jego ogromnych możliwościach.

Oczywiście, że MACH 4 nie należą do szczególnie trudnych w wysterowaniu kolumn, ale nawet z nimi niewiele wzmacniaczy radziło sobie aż tak dobrze, jak RSA-M99. Krótszy test z moimi Ubiqami Model One (spore, trójdrożnedrożne podłogówki w obudowie zamkniętej) pokazał, że i z nimi japońska integra poradziła sobie bez problemu. Sądzę więc, że napędzenie większości kolumn, może poza wyjątkowo trudnymi, nie będzie stanowić dla tego modelu większego wyzwania. Co istotne, przy całej tej imponującej dynamice, energii, szybkości, doskonałej kontroli i potędze brzmienia, SPEC zachwycił mnie co najmniej tak samo, gdy tylko pojawiły się wokale, pokazując w ten sposób oblicze bardziej kojarzone z konstrukcjami lampowymi.

Mało który tranzystor potrafi mnie tak mocno wciągnąć w świat muzyki i zawartych w niej emocji.

Już poprzednik tego modelu, wspominany RSA-M3 EX, spisywał się w tym zakresie świetnie, ale jego następca wznosi się na jeszcze wyższy poziom, zbliżając się do niedoścignionych (w tym zakresie) wysokiej klasy SET-ów. Można próbować opisać słowami to, jak wiernie oddaje on barwę i fakturę głosów, a także zawarte w nich emocje, jak kompletnie bez wysiłku angażuje emocjonalnie słuchacza, ale prościej będzie napisać, że przy każdym dobrze zrealizowanym krążku z klasowym wokalem zapominałem o całym świecie, aż do wybrzmienia ostatniej nuty. Mało który tranzystor potrafi mnie tak mocno wciągnąć w świat muzyki i zawartych w niej emocji.

Album Jessici Williams "Higher standards" dosłownie przykuł mnie do fotela. Rzecz, jak zawsze we wciągającym stylu grania na fortepianie artystki, ale i brzmieniu tego instrumentu, choć i towarzysząca jej perkusja, robiła znakomite wrażenie. Nie wiem, czy określenie cudownie organiczny fortepian wystarczająco oddaje to, co popłynęło do mnie z głośników, ale to chyba najlepsze określenie, na jakie mnie stać.

Każde naciśnięcie klawisza, każde wybrzmienie w pudle rezonansowym, każdy dźwięk rozchodzący się swobodnie w powietrzu, wsparte precyzyjną lokalizacją w trójwymiarowej przestrzeni, wszystko to sprawiało, że po zamknięciu oczu widziałem Jessicę Williams pochyloną nad klawiaturą trzy, może cztery metry przede mną. Instrument brzmiał niezwykle żywo, kolorowo, a jednocześnie czysto i precyzyjnie. Blachy perkusji z kolei ładnie prezentowały zarówno wysoką rozdzielczość góry pasma, jak i jej dźwięczność i bardzo dobre różnicowanie. Każde uderzenie pałeczki było odpowiednio szybkie i twarde, a odpowiedź blach, błyskawiczna i zróżnicowana w zależności od rodzaju blachy i siły uderzenia. Kontrabas na drugim końcu pasma, podobnie jak wcześniej w rękach mistrza Clarke'a, zachwycał zwinnością, barwą, fakturą, a gdy trzeba, potęgą brzmienia. Słuchało mi się więc tego krążka wybornie, co spowodowało dodanie wszystkich utworów tej artystki do playlisty, a w efekcie fantastyczny wieczór spędzony wyłącznie z nią.

SPEC RSA-M99

Na koniec zostawiłem sobie kolekcję ulubionych nagrań koncertowych i to zarówno rockowych (AC/DC), jak i jazzowych (Arne Domnerus, Marcus Miller, Steve Gadd, Patricia Barber). RSA-M99 w tym pierwszym przypadku pokazał swoje tranzystorowe oblicze. Energia kreowana przez australijskich weteranów wręcz tryskała z głośników, tempo i rytm prowadzone było absolutnie pewnie, gitary elektryczne miały odpowiednie mięcho, a wokal Briana Johnsona był realistycznie mocny i zachrypnięty. Nie obyło się bez wystukiwania prze ze mnie rytmu kończynami i zarzucania włosami (krótkimi) aż do bólu karku.

Podobną energią atakował mnie zespół Marcusa Millera, a jego bas wprawiał ściany w drgania, gdy schodził tak nisko, jak tylko pozwalały mu na to kolumny. Na tych nieco mniej energetycznych, ale doskonale zrealizowanych koncertach mogłem w końcu potwierdzić, że w zakresie przestrzenności prezentacji i obrazowania SPEC naprawdę niewiele ustępuje najlepszym znanym mi SET-om. Scena za każdym razem miała realistyczną wielkość, co oznacza, że jej wymiary zmieniały się w zależności od nagrania. Wzmacniacz delikatnie preferował pierwszy plan, ale i te kolejne bogate były w informacje, więc instrumenty tam grające można było śledzić równie łatwo, jak te ustawione z przodu.

Tak naprawdę różnica w stosunku do najlepszych lamp, na które się co chwilę powołuję, dotyczyła trójwymiarowości i namacalności poszczególnych źródeł oraz ilości powietrza wypełniającego scenę. W tych aspektach RSA-M99 jest naprawdę wybitny, gdyż to było otwarte, swobodne granie, ale z lamp można by wykrzesać odrobinę więcej, ale za dużo większe pieniądze. Czy zatem warto?

Podsumowanie

Niewiele znam tak uniwersalnych wzmacniaczy, przynajmniej z rozsądnego, jak na realia high endu poziomu cenowego. RSA-M99 potrafi powalić potęgą brzmienia np. przy słuchaniu ścieżki dźwiękowej z "Mrocznego rycerza", czy koncertu AC/DC, ale i zachwycić wyrafinowaniem w czasie odsłuchu dobrze nagranego kwartetu smyczkowego, czy kwintetu jazzowego. Wciągnąć doskonale prowadzonym tempem i rytmem w nagraniach bluesowych i zachwycić bogactwem barwy i faktury fortepianu solo. Prezentować średnicę w barwny, acz niepodbarwiony, nasycony, cudownie angażujący sposób, ale i przyłożyć niskim, potężnym, znakomicie kontrolowanym basem, czy zakłuć nieco w uszy naturalnie ostrym dźwiękiem trąbki.

Wszystko to robi bez wysiłku zmieniając oblicza prezentacji, gdy wymagają tego odtwarzane nagrania. Wzmacniacz zintegrowany SPEC RSA-M99 zaliczę więc śmiało do high-endu pod względem klasy brzmienia, wykonania i estetyki dizajnu, choć cenowo pasuje bardziej do wyższej półki średniej. Znakomity wzmacniacz, którego powinniście posłuchać niezależnie od tego, czy lubicie klasę D, lampy czy tranzystory – po prostu dajcie mu szansę, bo naprawdę warto!

Werdykt: SPEC RSA-M99

  • Jakość dźwięku

  • Jakość / Cena

  • Wykonanie

  • Możliwości

Plusy: Gęstość, gładkość, dynamika, muzykalność, spójność i naturalność brzmienia wsparte znakomitym basem, rozdzielczością, transparentnością i przestrzennością godną bardzo dobrej lampy.

Minusy: Opcja dokupienia pilota.

Ogółem: Pięknie wykonany, gra naturalnie, angażująco i po prostu daje niesamowitą wręcz frajdę z obcowania z muzyką.

Ocena ogólna:

PRODUKT
SPEC RSA-M99
RODZAJ
Wzmacniacz zintegrowany
CENA
39.000 zł
WAGA
15,5 kg
WYMIARY (S×W×G)
440×125×414 mm
DYSTRYBUCJA
Galeria Audio
www.galeriaaudio.pl
NAJWAŻNIEJSZE CECHY
  • Pasmo przenoszenia: 10Hz-30kHz ±1dB (6Ω, 1W)
  • Moc wyjściowa: 120W×2 (4Ω)
  • TDH: 0,02% (dla 1kHz, przy 80% mocy wyjściowej)
  • Czułość wejściowa: 300mVrms
  • Wzmocnienie: 37,3dB
  • Zużycie prądu: 15W bez sygnału, maks. 215W (8Ω, 100Hz)
  • Wejścia: 3xRCA, 2xXLR
  • Wyjścia: głośnikowe
  • Opcjonalny pilot zdalnego sterowania RSR-1