Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na używanie plików cookies zgodnie z ustawieniami przeglądarki. Więcej o polityce cookies

s-e-r-v-e-r-a-d-s

film

Rekiny wojny

recenzja
Rekiny wojny

Film Thodda Phillipsa przedstawia fabularyzowaną wersję historii, która wydarzyła się naprawdę

W latach 2005–2008 dwóch chłopaków niemających nawet 25 lat na karku odniosło spektakularne sukcesy w handlu bronią, zakasowując starych wyjadaczy i de facto ośmieszając oficjeli armii Stanów Zjednoczonych. Opowieść o działalności Davida Packouza (Miles Teller) i Efraima Diveroliego (Jonah Hill) zaprezentowana została w konwencji czarnej komedii kryminalnej. Film ukazuje ich błyskawiczną karierę i gwałtowny upadek jako paralelę do filmów gangsterskich, przy okazji obnażając absurdy i korupcję w administracji USA, które i umożliwiły im działanie, i pozwoliły wykpić się tanim kosztem. Jest to również opowieść o pragnieniu wyrwania się z zaklętego kręgu nudnego życia i spełnienia "amerykańskiego snu", a także o tęsknocie za dzieciństwem (gdy wszystko wydawało się proste), o naiwności i źle ulokowanym zaufaniu, które każą iść za podziwianym kolegą wbrew rozsądkowi i ostrzegawczym sygnałom z otoczenia. "Rekiny wojny" to obraz pełen kwaśno-gorzkiego humoru, mający znamiona groteski, co uderza tym bardziej, że mamy do czynienia ze wspomnieniami konkretnej osoby.

Filmowa narracja prowadzona jest ze strony Packouza. Biorąc pod uwagę fakt, że jego kompan to osobnik zwariowany i makiaweliczny, ten prostoduszny bohater stanowi o wiele lepszy wybór z punktu widzenia widza. Dzięki temu łatwiej wczuć się sytuację, a zarazem nie jeden raz będziemy zaskoczeni jej rozwojem. Dla tego pierwszego wszystko zaczęło się na pewnym pogrzebie, kiedy to po wielu latach rozłąki ujrzał swego dawnego kumpla. Diveroli od razu mu zaimponował, przypomniał czasy dziecinnej sielanki i bez trudu namówił na imprezkę. Następnie bohater z zachwytem obserwuje przyjaciela, dla którego strata 300 dolarów na rzecz dilerów nie jest warta choćby splunięcia, ale i tak z przyjemnością pogoni im kota za pomocą karabinu maszynowego, nonszalancko wyciągniętego z bagażnika. Jak powie później odbiorcy (parafrazując): gdy życie daje w kość, Efraim mu oddaje.

Pragnąc skończyć z pracą prywatnego masażysty i uwolnić się od skutków fatalnego pomysłu odnośnie do handlu kaszmirową pościelą, David zostaje uwiedziony wizją niesamowitych zarobków w należącej do Efraima firmie AEY. Firma ta zajmowała się realizacją małych kontraktów wojskowych, czyli okruszkami spadającymi z wielkiego stołu, przy którym żywią się potentaci tego biznesu. Co więcej, marzenie się spełnia. Nasz bohater nie musi już bać się o przyszłość – o to, czy utrzyma dziewczynę (Ana de Armas) wraz z dzieckiem i opłaci rachunki. A raczej tak mu się wydaje, dopóki jego udziałem nie staną się też minusy nowego zajęcia – skutki nieznajomości przepisów i naginania prawa, kontakt z bandziorami, przemyt broni przez strefę walk itp. Niestety, spotka go też największe rozczarowanie życia.

Rekiny wojny

Dzieło Phillipsa rozpoczyna się od "trzęsienia ziemi", a następnie cofamy się w przeszłość i zataczamy koło, by wyjaśnić, co doń doprowadziło, po czym biegniemy dalej, by poznać zakończenie. Twórcy podzielili je na swoiste rozdziały będące cytatami z newralgicznych wypowiedzi bohaterów – od "Zarabia się między wierszami" poprzez "Kiedy mówienie prawdy komukolwiek pomogło?", "To już nie okruchy, to cały pieprzony tort" itd., aż po "To brzmi nielegalnie". Wszystko to przeplatane jest odniesieniami do "Człowieka z blizną" (ulubionego filmu Diveroliego) oraz kilku innych historii gangsterskich. "Rekiny wojny" zrealizowane zostały z werwą i humorem, scenariusz Stephena China i Jasona Smilovica jest naprawdę zgrabny. Rozbraja sposób narracji, który ukazuje kolejne etapy rozwoju Davida Packouza – od nieśmiałego, zapatrzonego w kumpla naśladowcy do pewnego siebie fachowca, który entuzjastycznie podejmuje się zorganizowania słynnego "Afgańskiego Dilu". Powala komizm sytuacyjny – wspomniana scena z dilerami, trening na strzelnicy, szalony rajd z Jordanii do Iraku, owiany oparami trawy dialog z przedstawicielami amerykańskiego rządu czy rozmowy z albańskimi wojskowymi. Za humor prezentowanych sekwencji w dużej mierze odpowiada świetnie wcielający się w rolę Diveroliego Jonah Hill – mimika, niewinne "błękitne" spojrzenie, bucowate gadki i zabójczy, szarpiący nerwy śmieszek aktora na końcu symptomatycznych dla tej postaci wypowiedzi. Na uwagę zasługuje również Shaun Toub w roli przemytnika o wdzięcznym pseudonimie Marlboro oraz znany z trylogii "Kac Vegas" Bradley Cooper jako szycha w handlu bronią – chłodny, nieco socjopatyczny, sprawiający wrażenie osoby z Aspergerem Henry Girard. Świetna jest jego wypowiedź: "Nie jestem złym człowiekiem, ale w pewnych sytuacjach zadaję sobie pytanie, co zrobiłby zły człowiek". Tu warto dodać, że reżyser "Rekinów wojny" odpowiada również za "Kac Vegas", tak więc pewne ulotne podobieństwo klimatu nie jest przypadkowe. Miles Teller sprawdza się całkiem nieźle, rozbraja mimiką, jednak nie dorównuje wyżej wymienionym.

Walorem niniejszego filmu jest strona wizualna – cyniczny w wydźwięku wjazd rodem z gry komputerowej ukazujący koszty poszczególnych elementów żołnierskiego ekwipunku oraz płynnie zmieniający się kalejdoskop scenerii: nasycone soczystymi, jaskrawymi, jakby nienaturalnymi barwami widoki Miami (na blu-rayu świetnie widać "żarówę" trawiastej zieleni, spod której zdaje się przeświecać złocista żółć i seledyn, ciepłe brązy i pomarańcze, w świetle charakterystycznego dla tamtego rejonu nawet skóra białych osób przybiera morelowy odcień); olśniewające feerią świateł Las Vegas (znakomity balans tonalny, kontrast barw); wyblakła, rdzawa pustynia Bliskiego Wschodu czy szare, zimne, emanujące nastrojem postkomunizmu miasto Tirana w Albanii. Jakość obrazu jest bardzo dobra. Pierwszy plan to istna brzytwa, drugi także jest wyraźny (mży leciutko, ale trzeba uporczywie się przyglądać, by to dostrzec) – postacie i przedmioty na drugim planie mają wyraziste kontury, które odcinają się od tła, zarazem nie przyćmiewając go, lecz tworząc miłą dla oka kompozycję. Kiedy kamera koncentruje się na twarzach bohaterów, drugi plan traci wyrazistość, rozpływa się lekko, dzięki czemu mimika aktorów została odpowiednio wyeksponowana.

Solidne wrażenie sprawia też montaż i nader ironiczne w wymowie dopasowanie rozmaitych scen do ścieżki dźwiękowej, np. "The Passenger" Iggy'ego Popa do lotu do Jordanii czy "Behind Blue Eyes" w wykonaniu Limp Bizkit, gdy po bohaterów przychodzi policja. Sceny akcji i sekwencje "z nerwem", pokazujące imprezowanie albo wariacką decyzję pod wpływem chwili, zbalansowane zostały przez przemyślenia Davida – kiedy to wszystko na ekranie zatrzymuje się lub zwalnia, a nasz bohater komentuje z zewnątrz, z perspektywy lat. Zabiegi te sprawiają, że humor staje się bardziej namacalny oraz uwypuklają klimat całej historii, który kojarzy się z szaloną balangą, upajającym hajem, po którym nieuchronnie nadchodzi kac. Sposób realizacji podkreśla autoironię narratora oraz złośliwe, cyniczne spojrzenie na działania rządu. Mamy tu niezły, subtelny zabieg: scena, kiedy to w bardzo wyraźnie, ze wszystkimi szczegółami ukazanym telewizorze przewijają się programy o fatalnej jakości, drgającym obrazie, zdaje się stanowić komentarz sam w sobie do sytuacji społeczno-politycznej i mydlenia oczu podatnikom.

Rekiny wojny

Wracając do ścieżki dźwiękowej: dobrze dobrana i sama w sobie porządna muzyka (bardzo duża liczba podkreślających klimat utworów) cieszy ucho odbiorcy, głosy poszczególnych aktorów wyraźnie odcinają się od muzycznego tła, zarazem go nie zagłuszając. Wersja oryginalna DTS-HD Master Audio jest zauważalnie lepsza, co nie znaczy, że polski lektor (Dolby Digital 5.1) jest zły. Czytający nieraz skraca kwestie (jego wersja nieco różni się od napisów), ale nic w tym dziwnego, język polski jest bardziej opisowy niż angielski i wypowiadane zdania trwają dłużej niż w oryginale. Ma dobrą dykcję i gdy już się rozkręci, niezgorzej oddaje emocje.

Trochę szkoda, że niniejsze wydanie ma tylko trzy dodatki, niemniej jednak są całkiem interesujące i zaopatrzone w polskie podpisy. Mamy tu animowany teledysk niejako oddający istotę historii, dokument making off i bardzo ciekawy wywiad z prawdziwym Davidem Packouzem (który zresztą pojawia się w filmie jako cameo).

Podsumowując, "Rekiny wojny" warto obejrzeć, bo to historia interesująca sama w sobie, a w dodatku opowiedziana w dowcipny i nabuzowany energią sposób. Wszystko razem składa się na archetypową opowieść o "królach życia", którzy przegrali królestwo, i o braciach, których zgubiła kłótnia, okraszoną nader kuriozalną puentą. ★ ★ ★ ★ ★

Tytuł
Rekiny wojny
Reżyseria
Thodd Phillips
Nośnik
Blu-ray
Obraz
2.39:1 (panoramiczny), 1080p High Definition
Dźwięk
16:9, 1080p High Definition
Czas
114 minut
Cena
79,99 zł
Dystrybucja
Galapagos
fim Rekiny wojny