s-e-r-v-e-r-a-d-s

film

Doktor Strange

recenzja
Doktor Strange

"Doktor Strange" w reżyserii Scotta Derricksona stanowi bardzo ważną odsłonę MCU

Film wprowadza mistyczne i magiczne wątki, prezentując widzowi nową stronę tego uniwersum. Sytuację najlepiej obrazują słowa skierowane do głównego bohatera: "Zapomnij o tym, co wydaje ci się, że wiesz". Twórcy filmu wykorzystali przy tym klasyczną sztuczkę – odbiorca towarzyszy bohaterowi, dla którego wszystko, co go spotyka, stanowi totalną nowość, dzięki czemu ten pierwszy również krok po kroku zapoznaje się z nieznanymi wcześniej elementami rzeczywistości. Oczywiście, już w poprzednich filmach pojawiały się wzmianki np. o magii Asgardu, widzieliśmy moce Lokiego i Odyna, ale wszystko to dałoby się wytłumaczyć "naukowo" – ot, psychokineza albo inne nieznane nam możliwości mózgu Obcych, albo też manipulacja na poziomie kwantowym. Teraz powiedziane zostaje wyraźnie: Avengers bronią świat przed fizycznymi zagrożeniami, a magowie przed duchowymi, strzegąc sanktuaria, w których znajduje się moc strzegąca Ziemię.

Przeznaczeniem doktora Strange'a (Benedict Cumberbatch), wziętego neurochirurga, jest wstąpić w ich szeregi, zanim jednak do tego dojdzie, poznajemy go jako gwiazdę w wielu medycznych dziedzinach, a przy tym człeka próżnego i aroganckiego, choć niepozbawionego uroku, dzięki któremu ludzie wybaczali mu pychę i obcesowe traktowanie. Niestety, nasz bohater traci swój, jak sądzi, najcenniejszy atut – sprawne dłonie, dzięki którym może być wirtuozem sali operacyjnej. To prawdziwa ironia losu, bo zaznaje identycznego traktowania jak beznadziejne przypadki bez rezultatu pukające do drzwi jego gabinetu. Po wielu operacjach, które nie przyniosły pożądanego skutku, popadł w czarną rozpacz, odpychając nawet doktor Christine Palmer (Rachel McAdams), jedyną osobę, której naprawdę na nim zależało. Strange jednak nie zamierza się poddać. Dowiaduje się o sparaliżowanym mężczyźnie, który jakimś cudem wyzdrowiał. Odnajduje go, ten zaś zdradza mu część swej tajemnicy, opowiadając o tym, że gdy zrozumiał, że pozostał mu już tylko umysł, postanowił skupić się na jego rozwijaniu, i o miejscu zwanym Kamar-Taj w Katmandu, gdzie znalazł sposób, by osiągnąć coś, co wydawało się niemożliwe. Poruszony doktor rusza do Katmandu, by odnaleźć tajemnicze Kamar-Taj i mentora, który sprawi, że odzyska dawne życie. Tak się nie dzieje, zdobywa natomiast wiedzę i umiejętności, które powoli zmienią jego priorytety, a przede wszystkim wywrócą do góry nogami hołubioną przezeń wizję świata. No i oczywiście pozwolą uratować świat, bo bez tego nie ma przecież produkcji w filmowym uniwersum Marvela.

Fabuła niniejszego filmu jest prosta, wręcz archetypowa, ale to niczemu nie przeszkadza, paradoksalnie wręcz czyni historię bardzo fajną. Oto filozofia Wschodu dezawuuje osiągnięcia materialistycznego Zachodu, mamy też wymuszoną treningami i prztyczkami od bardziej doświadczonych ewolucję głównej postaci z egoisty i narcyza w kogoś, kto bynajmniej nie przyjął do wiadomości, że pokora to coś, co mu się przyda, ale zrozumiał, że nie jest pępkiem świata i poświęcił się misji ważniejszej niż jego osobiste ambicje, świadomie przyjmując na siebie ogromną odpowiedzialność. W "Doktorze Strange'u" wykorzystany został motyw Dormammu, który czyha na ziemskie życie ze swojego emanującego mrokiem wymiaru. Mamy też pomniejszy czarny charakter tej opowieści – mistrza Kaeciliusa (Mads Mikkelsen) – tak niefrasobliwy, bombastyczny i o tak absurdalnym podejściu do ważkich kwestii, jak to tylko możliwe, a przy tym popełniający iście bajkowy błąd, stanowiący pretekst dla zawiązania owej historii. Trzeba jednak przymknąć na to oko, podobnie jak na absurdalność idei wymiaru, który znajduje się poza czasem, a jednak może tam funkcjonować świadomość, lub fakt, że magowie czerpiący prosto z energii wieloświata potrzebują jakichś pierścieni, żeby otworzyć sobie portal do innego wymiaru. Ostatecznie jednak tak było w komiksowym pierwowzorze. Lecz mamy do czynienia ze wspaniałym, barwnym, tętniącym życiem obrazem, w którym, prócz tych kilku naiwnych drobiazgów, przebieg akcji został rozplanowany bardzo sprawnie. Twórcy zadbali o smaczki i szczegóły kompatybilne z rozwojem Strange'a – swoboda, z jaką przekracza prawa natury, jest tożsama z niesamowitym talentem, który wykazywał jako "zwykły" lekarz, a imponująca kolekcja supernowoczesnych zegarków wiąże się z późniejszym wręcz instynktownym operowaniem czasem.

Doktor Strange

W utworze Derricksona pojawia się szereg znanych z popkultury problemów – dorastanie bohatera do niezwykłych zadań albo klasyczna kwestia – "po co gromadzić wiedzę, jeśli nigdy nie można jej spożytkować?". Rozważana jest też kwestia sztywne przestrzeganie zasad konta elastyczność i temat zawiedzionych oczekiwań oraz utraty zaufania do autorytetów, które mogą spowodować fanatyzm i wypaczenie dotychczasowej drogi; spostrzeżenie, że życiu nadaje sens śmierć, świadomość, jak mało ludzie mają czasu. To jest bardzo ciekawe w tej opowieści (pomimo dość powierzchownego ujęcia, wymaganego przez obraną konwencję, kładącą nacisk na lekkość i żywą akcję, gdzie patos przeplata się z humorem – raz werbalnym, a raz niemal slapstickowym). Bardzo fajne są także dwie sceny po napisach, z czego pierwsza daje wgląd w zamierzenia twórców odnośnie do przyszłości MCU.

Na uwagę zasługuje praca kostiumologów i charakteryzatorów (jedynym mankamentem jest koszmarny i w gruncie rzeczy śmieszny wskaźnik pogrążania się w "mrocznej stronie mocy", który przypomina maksymalnie kiczowaty halloweenowy makijaż), staranna scenografia i gra aktorska. Obsada została świetnie dobrana. Benedict Cumberbatch ponownie dał popis swych niesamowitych umiejętności – wiarygodnie ukazał niejednoznaczność i specyfikę odgrywanej przez siebie postaci, fakt, że jak później podsumowała go Starożytna, jego problemem było to, iż motywował go lęk przed porażką, a nie dążenie do doskonałości. Zaprezentował niuanse charakterologiczne – choć nauka w Kamar-Taj bardzo zmieniła doktora Strange'a, ten nigdy do końca nie zatracił pierwotnej arogancji. Widz od razu wyczuwa, dlaczego to właśnie Strange'a wybrał elegancki, wybredny i ewidentnie próżny magiczny artefakt. Mads Mikkelsen, mający talent do kreacji złowrogich lub niepokojących postaci, poszedł na całość, fundując odbiorcy nielichą zabawę. Rachel McAdams umiała przekonać, że odgrywana przez nią lekarka nie jest słodką niunią i ozdobą ekranu, ale interesującą, pełnokrwistą bohaterką. Następnie Tilda Swinton w roli Najwyższej Czarodziejki, Starożytnej, znów dała do zrozumienia, że jest aktorką totalną, która zagra dosłownie wszystko. Stworzyła znakomitą kreację – postać, która łączy bezwzględność z wrażliwością, a za łagodnym uśmiechem i subtelnym poczuciem humoru skrywa zdolność do wytrzymania naporu sił niepojętych dla innych. Swinton potrafi drobnymi, ledwie dostrzegalnymi grymasami i drgnięciami wachlarza oddać targający bohaterką niepokój. Najsłabiej w tym towarzystwie wypada Chiwetel Ejiofor jako Mordo – nader sztywny tak z wyglądu, jak i przekonań uczeń Najwyższej Czarodziejki.

Strona wizualna filmu jest wspaniała, a efekty specjalne wręcz obłędne, co bardzo dobrze uwypukla panoramiczny obraz 2.39:1, 1080p High Definition. Nie znajdziemy tu ziarna, pierwszy plan jest niezwykle wyrazisty, drugi zaś nieco zamglony – raz mniej, raz bardziej, ewidentnie w momentach, gdy realizatorom zależało na wyeksponowaniu mimiki lub gestów odtwórców (w dalszym ciągu jednak można bez trudu dostrzec tam wszystko, co istotne, a jest na co popatrzeć, zwłaszcza w scenach operacji). Praca kamery jest niesamowita – cieszą oko panoramy miasta, widziane z lotu ptaka plenery, uchwycony widok z okna apartamentu doktora Strnage'a, robią wrażenie kadry uchwycone w zwolnionym tempie, na których z bolesną dokładnością widać plastyczne niuanse tragicznych okoliczności, które doprowadziły bohatera do utraty dotychczasowego życia. Budzi uznanie dynamika poszczególnych scen i choreografia walk.

Doktor Strange

Możemy podziwiać grę barw i światła. Materialistyczny Zachód jest zimny, charakteryzują go jakby przydymione kolory, dominują odcienie niebieskiego i szarości, a także raczej chłodne brązy, razem wywołuje to wrażenie pewnej pustki. To częściowo specyfika światła, a częściowo metafora. Druga strona rzeczywistości, zarówno zwykłe ulice Katmandu, jak sanktuarium wiedzy tajemnej, przesycona jest złocistym, ciepłym światłem, wydobywającym głębię barw i przydającym im ostrości, charakterystycznym dla tamtego rejonu geograficznego, lecz fakt, że w centrum magii jest to dodatkowo wyeksponowane, stanowi subtelne działanie na odczucia widza. Dominują morelowe, złotawe, pąsowe odcienie, kojarzące się z esencją życia, dojrzałymi owocami, których aż chce się skosztować. Nawet skóra doktora Strange'a staje się tam bardziej "brzoskwiniowa", a oczy nabierają intensywnego błękitu.

Właściwości obrazu korzystnie eksponują zasługujące na brawa efekty grafiki komputerowej. Powala na kolana już scena otwierająca, której mogłaby pozazdrościć Nolanowska "Incepcja". Wbija w krzesło iście halucynacyjny rollercoaster, czyli sekwencja przeciągania jestestwa głównego bohatera przez kolejne wszechświaty i wymiary rzeczywistości – oszałamia feeria barw i kształtów obrazujących astralną podróż, włącznie z kwantowym poziomem materii. Sam astral poszczególnych bohaterów oraz wizualne odwzorowania zaklęć i efektów magii (czyli programów i źródłowego kodu wszechświata, jak mówi Starożytna, by nie urazić postępowych uszu doktora Strange'a) zostały wyrażone za pomocą świetlistych hologramów i klimatycznych, mieniących się, połyskliwych snopów iskier.

Strona dźwiękowa nie budzi zastrzeżeń. Dźwięk w wersji angielskiej DTS-HD High Resolution 5.1 jest wręcz krystaliczny – świetnie słychać zarówno basy, jak i wysokie tony. Realizatorzy bawią się, często zmieniając linie melodyczne. Muzyka – chwilami niczym z "Draculi" – jest bardzo ważna dla filmu nie tylko dlatego, że stanowi dźwiękowe odwzorowanie wydarzeń, stymulujące emocje oglądającego, ale i dlatego, że Strange jest melomanem (więc poszczególne utwory nabierają charakteru dodatkowego smaczku). Główny bohater jest też naturalnie predysponowany do władzy nad czasem (niejeden fan czy fanka uśmiechnie się przy budzącym się skojarzeniu z Doctorem Who), tak więc muzyka obfituje w motywy kojarzące się z tykaniem zegara i kurantami. Poszczególne elementy produkcji "Doktora Strange" mają zresztą swoje własne motywy muzyczne, np. inny jest dla treningu, inny dla tych złych itd. Generalnie rock symfoniczny w wykonaniu sporej orkiestry dysponującej instrumentami dętymi i smyczkowymi, a także dającym klimatyczny efekt klawesynem, praktycznie pieści uszy.

Jeśli chodzi o wersję polską Dolby Digital 5.1, to jest ona znacznie cichsza od wersji oryginalnej (trzeba będzie poprawić głośność). Mamy tu do czynienia nie z lektorem, lecz dubbingiem i trzeba przyznać, że nawet całkiem niezłym. Są, niestety, momenty, kiedy polskie słowa wyraźnie gryzą się z ruchem ust aktorów i aktorek, ale tembr głosu, zawarte w nim emocje zwykle zostały nieźle wygrane. Niniejszy dubbing nie stanowi wiernego przekładu, lecz kreatywną adaptację, przez co często istnieje znacząca różnica między wypowiedziami a napisami, ale w większości przypadków ich styl bardziej pasuje do specyfiki języka polskiego (wypowiedzi i wykrzyknień w danej sytuacji). Zdecydowane zastrzeżenia budzi jednak zmiana z porównania "jak zbity pies" na "starą babę". Biorąc pod uwagę, że magom szefuje de facto "stara baba", brzmi to kuriozalnie.

Niniejsze wydanie zawiera bogatą kolekcję dodatków, w większości przetłumaczonych na język polski. Są tu sceny niewykorzystane (jak rzadko kiedy w przypadku MCU rzeczywiście, prócz jednej, której wycięcia szkoda, okazują się niepotrzebne); znakomite gagi z planu; powalający, prześmieszny suchar w postaci paradokumentu "Drużyna Thora – cz. 2"; zasobna w informacje, intrygująca zapowiedź Fazy Trzeciej uniwersum. Mamy też pakiet "Materiałów bonusowych", a w nich m.in. dokumenty poświęcone postaciom, muzyce i procesowi realizacji. Zastrzeżenia budzi, skądinąd interesujący, komentarz reżysera, ponieważ głos Scotta Derricksona totalnie zagłusza ścieżkę dźwiękową filmu. Warto jednak rozpocząć projekcję dzieła od wersji z wizjonerskim wprowadzeniem reżysera.

Podsumowując: ten blu-ray powinien znaleźć się w kolekcji każdego miłośnika i każdej miłośniczki MCU. Tym bardziej, że pojawi się kolejny klejnot, którego pożąda Thanos... ★ ★ ★ ★

Tytuł
Doktor Strange
Reżyseria
Scott Derrickson
Nośnik
Blu-ray
Obraz
2.39:1 (panoramiczny), 1080p High Definition
Dźwięk
Dolby Digital 5.1 (polski dubbing); DTS-HD High Resolution 5.1 (wersja angielska)
Czas
115 minut
Cena
79,99 zł
Dystrybucja
Galapagos
fim Doktor Strange

Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na używanie plików cookies zgodnie z ustawieniami przeglądarki. Więcej o polityce cookies