s-e-r-v-e-r-a-d-s

muzyka

Gregory Porter - Nat "King" Cole & Me

recenzja
Gregory Porter - Nat "King" Cole & Me

Nat "King" Cole pozostawił tak wspaniałą muzykę, że chętnie sięgają po nią inni artyści.

O muzyce:

Łagodna muzyka kłóci się z boiskową ksywką młodego Grega "bestia" i planami, aby zostać profesjonalnym futbolistą, a ściślej graczem futbolu amerykańskiego. Ogromne chłopisko dostało nawet stypendium na Uniwersytecie Stanowym w San Diego, ale kontuzja barku przeszkodziła w dobrze rozwijającej się karierze. A mówią, że sport to zdrowie. Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo wyszło... śpiewanie. I to z jakim rezultatem! Fakt, zaczął późno, bo debiutancki album ukazał się, kiedy Gregory miał 39 lat. Płyta "Water" nagrana dla małej, ale prestiżowej wytwórni Motema Music nieźle namieszała, otrzymując w 2011 roku nominację do nagrody Grammy. Rok później mało znany wokalista w charakterystycznej czapce uszatce stał się jazzową gwiazdą światowego formatu, zapraszanym na największe festiwale i koncerty. Drugi album "Be Good" sprzed pięciu lat przyniósł kolejną nominację do nagrody Grammy, tyle że w kategorii R'n'B oraz przydomek "Lew" sprowokowany piosenką tytułową "Be Good (Lion's Song)". Kolejny rok przyniósł zmianę wytwórni na legendarną Blue Note oraz świetny album "Liquid Spirit", za który tym razem Porter otrzymał upragniony "złoty gramofon" w kategorii Best Jazz Vocal Album.

Tak naprawdę dzięki temu albumowi stał się najpopularniejszym wokalistą jazzowym na świecie, w jakimś sensie detronizując Kurta Ellinga, o czym świadczą wszelkiego rodzaju ankiety prestiżowych pism i portali traktujących o jazzie. Najważniejsze w muzyce Portera jest to, że tym swoim charakterystycznym barytonem stworzył własny język, w którym oprócz jazzu pobrzmiewa soul i R'n'B. Czwarty, w pełni autorski album wokalisty "Take Me To The Alley" z 2016 roku jest tego najlepszym przykładem (zresztą otrzymał za niego drugą statuetkę Grammy). Jeszcze nie opadł kurz po sukcesie tej płyty, a już możemy cieszyć się muzyką z koncepcyjnego wydawnictwa, na którym zawarł standardy wylansowane niegdyś przez Nat King Cole'a. Ktoś powie – nie on pierwszy. Owszem, ale jakie to ma znaczenie, jazzowy standard jest po to, aby nadać mu nowe znaczenie, wyraz i odcisnąć własne piętno. Akurat ten projekt wydawał się bardzo logicznym posunięciem.

Jak sam wspominał artysta: "Powrót do moich korzeni był dla mnie najbardziej naturalnym ruchem. Te korzenie to moja matka, muzyka gospel i Nat King Cole". Warto zaznaczyć, że matka Grega poświęciła całe swoje samotne życie na wychowanie jego i sześciorga rodzeństwa. "Mój ojciec nie był obecny w moim życiu, a słowa piosenek Nata były jak życiowe lekcje, słowa mądrości i ojcowskiej rady, jakiej potrzebowałem" – powiedział Porter. "Był jedyny w swoim rodzaju. Pozostawił tak wspaniałą muzykę, że po prostu nie można się nią nie inspirować". I oczywiście inspirowały się nią inne gwiazdy, że wspomnę córkę Nata Natalie Cole, Dianę Krall czy z krajowego podwórka Maćka Miecznikowskiego z Krzysią Górniak. Co zrobić, aby muzyka stała się ponadczasowa? Wystarczy zaprosić do studia wielką, 70-osobową orkiestrę, zlecić zaaranżowanie słynnych tematów w rodzaju "Mona Lisa", "Smile", L-O-V-E" czy "Nature Boy" Vince'owi Mendozie, a o efekt możemy być spokojni.

Dwa tematy, "Pick Yourself Up" i "Ballerina", za sprawą dodatkowych dęciaków pięknie swingują i zyskują na witalności. Z kolei w "L-O-V-E" i "The Christmas Song" pojawia się magiczna trąbka Terence'a Blancharda. Wszystko na tej płycie jest szlachetne, tradycyjne, zagrane z ogromną kulturą i wrażliwością. W chwili, gdy napisałam ostatnie zdanie, uświadomiłem sobie, że to samo mógłbym napisać o muzyce Nat King Cole'a. Z jego muzyki emanowało ciepło, zwięzłość formy i klasa. Gregory Porter zrobił to samo, ale po swojemu. Na tym polega wielkość artysty, który oddaje hołd innemu geniuszowi, którego muzyka wciąż inspiruje, choć nie ma go na tym ziemskim padole od ponad pół wieku. Piękny muzyczny hołd, który wywołuje sentyment, ale z pewnością nie tani i płytki sentymentalizm. ★ ★ ★ ★ ½

O dźwięku:

Tym razem głos Portera jest naprawdę mocno wyeksponowany, jest zdecydowanie w centrum uwagi. Dla wokalisty tego formatu nie stanowi to problemu, gdyż tak wyszkolony technicznie, wyrafinowany brzmieniowo wokal potrafi bez problemu skupić na sobie naszą uwagę. Osobne słowa uznania należą się Vince'owi Mendozie, byłemu dyrygentowi Metropole Orkest. Kreatywność w tworzeniu nowych aranżacji tak znanych tematów, łączenia tego, co klasyczne ze współczesnym podejściem do jazzu, kolorystyka i współbrzmienie orkiestry chowającej się nieco za wokalem i wychodzącej z cienia w partiach instrumentalnych jest świadectwem geniuszu. To, jak zostały zaaranżowane np. "When Love Was King" czy "Smile", jest tego potwierdzeniem. Dzieło sztuki, bezcenne. Kolejna nagroda Grammy? Kto wie, jeśli nie dla Gregory'ego Portera, to za aranżacje orkiestry dla Vince'a Mendozy.

Wersja Deluxe zawiera dodatkowo trzy nagrania: "But Beautiful", "Sweet Lorraine" i "For All We Know". ★ ★ ★ ★ ½

Wykonawca
Gregory Porter
Album
Nat "King" Cole & Me
Wytwórnia
Blue Note Records
Format
CD
album

Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na używanie plików cookies zgodnie z ustawieniami przeglądarki. Więcej o polityce cookies