Po pierwsze, filmy bazujące na bohaterach komiksów bardzo często wypadały słabiutko – chociaż w ostatnich latach jest z tym coraz lepiej – a po drugie, starsze produkcje o Supermanie, jeszcze z Christopherem Reeve'em w roli głównej, nie wytrzymały próby czasu i obecnie bardziej śmieszą niż zachwycają. Na szczęście w przypadku "Człowieka ze stali" już po pierwszych epickich, zrealizowanych z rozmachem scenach rozgrywających się gdzieś w otchłaniach kosmosu moje obawy prysnęły niczym bańka mydlana. Na mojej twarzy zagościł uśmiech i dosłownie z każdą kolejną minutą wzrastało zainteresowanie, w którą stronę to się rozwinie – w tym miejscu zaznaczę, że wcześniej zupełnie nie interesowałem się tym tytułem, a co za tym idzie, nic o nim nie wiedziałem, nie czytałem, ani nie słyszałem żadnych opinii o nim. Tym bardziej byłem zaskoczony tym, co widzę na ekranie, a działo się tam naprawdę wiele. Przede wszystkim pojawiali się znani aktorzy, jak Russel Crowe czy Kevin Costner, co jest gwarancją, że nie mamy do czynienia z produkcją budżetową, a ponadto fantastyczna scenografia i komputerowe efekty specjalne już na początku filmu stanowiły zapowiedź dobrego widowiska.

Wygenerowany komputerowo świat jest przekonujący i w niczym nie ustępuje innym wielkim produkcjom z gatunku science fiction...

Historia rozpoczyna się od narodzin przyszłego superbohatera na odległej planecie Krypton. Poznajemy jego rodziców i przyczyny, które doprowadziły do tego, że malec trafił na Ziemię. Wygenerowany komputerowo świat jest przekonujący i w niczym nie ustępuje innym wielkim produkcjom z gatunku science fiction, mało tego, w wielu elementach je przypomina. Patrząc na pojazdy kosmiczne i inne urządzenia techniczne, ławo można doszukać się inspiracji np. serią "Obcy" (włączając w to "Prometeusza" i "Obcy kontra Predator"). Jednak nie postrzegam tego jako wadę "Człowieka ze stali", wręcz przeciwnie, ułatwia to wejście w klimat tego filmu, który jest mroczny, a więc jakże inny od wcześniejszych, infantylnych produkcji o Supermanie. Ten mroczny klimat potęguje także specyficzna kolorystyka, z przewagą czerni, brązów i szarości. A jeśli już występują jaśniejsze barwy, to są one celowo "przybrudzone".

Man of Steel

Ponadto ciekawe efekty osiągnięto, nasycając wiele scen kolorem niebieskim (głównie sekwencje na Ziemi, gdyż w kolorystyce scen rozgrywających się na Kryptonie dominuje barwa pomarańczowa). Niebieskie jest również wdzianko Supermana, ale nie jest to taki kostium, do jakiego przyzwyczailiśmy się w wydaniu Christophera Reeve'a, powielany potem po wielokroć jako popularny strój karnawałowy dla najmłodszych (ale także chętnie wykorzystywany do różnych wygłupów przez starszych). Tym razem kostium Supermana wygląda poważniej – nie jest tak kolorowy i nie wygląda jak tania konfekcja, ale ma swoistą fakturę i grubość, co sugeruje, że jest wykonany z jakiejś bliżej nieokreślonej materii. Jedynie czerwona pelerynka pozostała taka sama – infantylna i niesłużąca niczemu poza powiewaniem podczas lotu. Ale i tak wizerunek superbohatera znacznie się zmienił, oczywiście na lepsze. Szczerze mówiąc, nie obraziłbym się, gdyby ten superbohater występował bez obowiązkowego kolorowego wdzianka, tak jak podczas jego pierwszej spektakularnej akcji ratowania pracowników płonącej platformy wiertniczej. Wyglądało to efektownie i pokazywało, że Superman dysponuje nadprzyrodzoną mocą bez konieczności wskakiwania w rajstopki i przywdziewania pelerynki, by dokonać czegoś wielkiego. No cóż, autorzy filmu tak daleko się nie posunęli w zmianie wizerunku tej kultowej postaci, ale i tak zrobili bardzo dużo.

Man of Steel

Największymi atutami filmu – poza dobrą obsadą, efektami specjalnymi i niezłą fabułą – jest wspaniałej jakości obraz i dźwięk. Zachwyca przede wszystkim wyrazistość obrazu i jego wysoki kontrast. Wyraźnie kreślone postaci i przedmioty ostro odcinają się od dalszych planów. Nawet w dynamicznych scenach walki, gdzie na ekranie dzieje się tak wiele, wszystko jest czytelne i klarowne. Szybkie najazdy kamery i gwałtowne zmiany planów nie wprowadzają chaosu i nie powodują zamazania szczegółów. Jest to tak ważne, gdyż ten film obfituje w niekończące się pojedynki herosów z totalną destrukcją i zniszczeniem w tle. Jak wspomniałem wcześniej, film jest z założenia mroczny, a zatem ciemna kolorystyka potęguje jeszcze ten nastrój. Ale w ciemnych scenach sporadycznie pojawia się ziarno, co obiektywnie trudno uznać za zaletę, aczkolwiek akurat w przypadku tego obrazu zupełnie to nie przeszkadza, świetnie wpisując się w raczej surowy i mroczny klimat całości. Pewne zastrzeżenia można mieć także do gradacji czerni w bardzo ciemnych scenach, np. gdy Klark samodzielnie próbuje dotrzeć do statku kosmicznego, który odkryto w lodach Arktyki. Te drobne niedostatki nie zmieniają jednak mojej wysokiej oceny jakości obrazu całego filmu.

Man of Steel

Prawdziwy popis dali także realizatorzy dźwięku. Jak to zwykle bywa w przypadku tego typu produkcji, równie ważna jak obraz jest efektowna oprawa dźwiękowa. W przypadku "Człowieka ze stali" możemy się nią tylko zachwycać. Scena dźwiękowa jest obszerna, bogata i niezwykle precyzyjna. Dynamika w najbardziej "wybuchowych" scenach wgniata w fotel, ale także w spokojnych fragmentach mnogość subtelnych odgłosów otoczenia, ich czytelność i sugestywność jest wręcz porażająca. Sam wielokrotnie podczas filmu bacznie nadstawiałem uszu, żeby przekonać się, czy dźwięki, które słyszę, są prawdziwe i dobiegają z sąsiedniego pomieszczenia, czy po prostu stanowią zapis ścieżki dźwiękowej. Generalnie jakość dźwięku oceniam nawet nieco wyżej niż obrazu, chociaż ten ostatni też jest na wysokim poziomie. ★ ★ ★ ★ ½