|
Recenzje płyt
Anna Maria Jopek "ID" Recenzja dodana: 2007-07-20
 O muzyce:
Zadziwiająca jest konsekwencja z jaką Anna Maria Jopek i jej mąż Marcin Kydryński od 10 lat realizują kolejne zawodowe cele, choć lepszym sformułowaniem będzie realizacja marzeń. Paradoksalnie to chyba występ na "targowisku próżności i kiczu" czyli festiwalu Eurowizji w 1997 roku w Dublinie okazał się przepustką do realizacji tych marzeń, z początku małych jak wydanie płyty aż do tych wielkich jak "Upojenie" z Patem Methenym. Ten ostatni z kolei stał się po części przepustką do nagrania najnowszej płyty "ID". Jak na nasze warunki mamy do czynienia z wielką produkcją, odnoszącą się zarówno do studiów nagraniowych, miksowania, masteringu jak i zaproszonych muzyków. Gdyby ktoś dwa, trzy lata temu powiedział mi, że Ania planuje wydać płytę z tyloma gwiazdami światowego jazzu, niechybnie skierowałbym go do psychiatry.
Album rozpoczyna się przejmującym "Spróbuj mówić kocham", z dramatycznym zwrotem "Tato powtarzam Twoje słowa, to moje drogowskazy, próbuję nimi żyć..." W czasie nagrywania "ID" zarówno Ania jak i Marcin stracili rodziców i te zdarzenia niewątpliwie odcisnęły piętno na tym nagraniu. Jest jeszcze coś niesłychanego w tym temacie a mianowicie początek i zakończenie. Po pierwszym przesłuchaniu pomyślałem że zaraz zacznie śpiewać tym swoim charakterystycznym głosem Peter Garbiel "Mercy Street" (przecież płyta "So" należy do ulubionych Ani).
"Teraz i tu" to pierwszy utwór przeznaczony do tzw. lansowania w radiu a skoro po wielokrotnym przesłuchaniu zaczynam go nucić, to pewnie był to dobry wybór.
Tak naprawdę istny tygiel muzyczno-kulturowy rozpoczyna się wraz z tematem "Zrób, co możesz" od natchnionej wokalizy Richarda Bony. Tylko ten jeden utwór można rozpatrywać na kilku płaszczyznach, osobno zajmując się wokalizami, rytmiką, poszczególnymi planami jak i udziałem Branforda Marsalisa. Jak magicznie "wtopił" się swoim sopranem (sax.) w całość i jak wiele można powiedzieć o MISTRZU na podstawie kilkudziesięciu dźwięków, które zagrał.
Wbrew pozorom jest na "ID" kilka "normalnych" piosenek jak np. "Skłamałabym", która urzeka tym charakterystycznym, ulotnym dla Ani klimatem, uwypuklonym dodatkowo gitarą klasyczną (Marcin Kydryński) oraz Orkiestrą Sinfonia Viva Krzysztofa Herdzina. Dla mnie pewniak na kolejny przebój. Zresztą podobny klimat usłyszymy w "Samej cię nie zostawię" z anielskimi wokalizami i gitarą wybitnego Brazylijczyka Oscara Castro-Nevesa. Ten utwór to też dowód na to, że lista gości na "ID" nie powstała tylko po to, żeby spełniać kolejne "kaprysy" czy nawet marzenia. W tym wszystkim była idea, myśl o tym jak różne "składy marzeń" mogą zabrzmieć, jak można je skonfrontować i skonfigurować. Wystarczy posłuchać z jaką energią zagrał teoretycznie chłodny Nordyk, pianista Tord Gustavsen w bossa novie z Castro-Nevesem!!! Czy ktoś idący na łatwiznę zdecydowałby się na takie rozwiązanie? Odpowiedź pozostawiam czytelnikom.
Przy "Soul Dealer" najlepiej zamknąć oczy i wyobrazić sobie, że znajdujemy się w centrum szamańskich obrzędów. Ania i Manu Katche zatopili się w tej muzyce czy też zatracili całkowicie, nastąpiła muzyczna chemia na granicy tego co rzeczywiste i magiczne.
Po szamańskich obrzędach trafiamy niemal natychmiast do jakże różnego świata arabskiego w "To, co nienazwane" z hipnotyzującym głosem Dhafera Youssefa i jego grą na oud (arabska lutnia z bardzo charakterystycznym dźwiękiem będącym trochę skrzyżowaniem dźwięku mandoliny z gitarą akustyczną). Tym razem z arabską materią zmierzył się słowiański duszą i klasycyzujący Leszek Możdżer, który pokazał jak dziś grałby Fryderyk Chopin. Przesadziłem? No może odrobinę.
Jakże subtelnie brzmi duet z Kayah "Z wadą serca". Ta subtelność dotyczy zarówno wokali jak i instrumentarium, włącznie z solo na flugelhornie Roberta Majewskiego (pierwotnie miał zagrać Chris Botti).
Zjawiskowo jawi się temat "Niepojęte i ulotne". Delikatny śpiew Ani, nieziemskie chórki, "miękki" kontrabas Christiana McBride'a, tajemniczy fortepian Torda Gustavsena i "niepojęte i ulotne" a zarazem melancholijne solo na sopranie Branforda Marsalisa. I wszystko to w jednym temacie.
W kontekście całej płyty "Pierwszy dzień reszty naszego życia" jest inny od całości. W porównaniu jest wręcz ascetyczny, tylko wokal, fortepian i Sinfonia Viva. Jedyny temat bez sekcji rytmicznej. Końcowe dźwięki to znów klimat z początku i ja znów mam wrażenie, że za chwilę Peter Gabriel zaśpiewa "looking down on empty streets". Ale po kilkunastu sekundach nastaje cisza, koniec płyty.
Być może nie jest to muzyka dla wszystkich lekka, może też dla części nie jest łatwa, ale jestem przekonany że jest przyjemna. Z każdym przesłuchaniem to uczucie tylko się potęguje. *****
O dźwięku:
Nawet jeśli ktoś nie przepada za brzmieniem głosu Ani to powinien posłuchać tej muzyki jako audiofil. A powodów jest kilka. Jak mało która płyta (nie tylko polskiego wykonawcy) pozwala przeżyć "muzyczną podróż" z tyloma różnorodnymi brzmieniami, składami, instrumentarium i "dzianiem" się w tzw. drugim planie. Sekcja rytmiczna i wszystko to co dzieje się w sferze rytmiki jest zupełnie odrębnym tematem. Nie ma sensu pisanie w stylu "proszę zwrócić uwagę na ten czy inny fragment". W tej materii dzieje się tyle, że trzeba pewnie przesłuchać płytę kilkadziesiąt razy aby wszystko wychwycić (oczywiście olbrzymia w tym zasługa Mino Cinelu i Manu Katche). To samo dotyczy wokali Ani i są one jednocześnie świadectwem jej ciągłego rozwoju.
Muzyka jest bardzo gęsta w swoje fakturze i jednocześnie nagrana bardzo przestrzennie. Światowa produkcja, zgrywana, miksowana przez Bena Findlaya w Real World Studios Petera Gabriela a ostateczny master wykonał Sean Magee w Abeby Road Studios w Londynie. *****
Sylwester Podgórski
Polskie Radio Koszalin
Inne płyty tego wykonawcy:
|