Szukaj:


HI-FI HI-FI
Strona główna Prenumerata E-Prenumerata Archiwalia Kontakt O nas



Recenzje płyt

Michael Brecker "Pilgrimage"
Recenzja dodana: 2007-08-31

WA Records/Universal Music Poland

O muzyce: Niezwykle trudno jest pisać o płytach ludzi którzy odeszli, a muzyka których związana jest z naszym całym dorosłym życiem. I żeby nie było wątpliwości chciałem przez to powiedzieć, że mam do tego wyjątkowego artysty stosunek emocjonalny. Michael Brecker miał 57 lat i zmarł w styczniu tego roku po dwuletniej walce z leukemią. Co zostawił światu? Muzycznie był „płodny” jak Mozart czy Bach, jego charakterystyczne „breckerówki” słychać na ok.1000 płyt. Czyż to nie imponujące? Jeszcze większego szacunku nabieramy, gdy patrzymy na tę długą listę 'płac', na różnorodność stylistyczną. Brecker potrafił zagrać u Horace’a Silvera, Yoko Ono, Lou Reeda, Aerosmith, Rona Cartera, Manhattan Transfer, Paula Simona, Eltona Johna, Ringo Starra, Quincy Jonesa, Erica Claptona lub Jamesa Taylora. To tylko niewielki wycinek, ułamek procenta, ale obrazujący możliwości Michaela. Wszyscy chcieli mieć u siebie saksofon Breckera bo posiadał wielki dar wydobywania z każdego gatunku i stylu tego co najważniejsze, najistotniejsze. Oprócz talentu było to najzwyczajniej w świecie poparte ogromną znajomością historii jazzu i pokrewnych stylów jak blues, r’n’b czy gospel i soul. I być może tu tkwiła wielkość Michaela, połączenie i kultywowanie ścieżki wytyczonej przez Johne’a Coltrane’a z „łagodnością i ciepłem” soulu i bluesa.
Jeśli ktoś choć trochę interesuje się jazzem to nie obce mu są nazwy formacji Dreams, Brecker Brothres (ze starszym bratem, trębaczem Randym), czy Steps Ahead. Muzyka fusion święciła wtedy triumfy na scenach całego świata i duża w tym zasługa Michaela Breckera.
Debiutancka płyta Michaela pojawiła się na rynku 20 lat temu (jako muzyk sesyjny zadebiutował pod koniec lat 60.) na której pokazał, że jest jazzmanem z krwi i kości, a najważniejszy dla niego jest jazz akustyczny. Ten debiut nagrał w składzie z Jackiem DeJohnettem, Kennym Kirklandem, Charlie Hadenem i Patem Methenym. Napisałem o tym składzie z debiutu w kontekście ostatniej „pośmiertnej” płyty „Pilgrimage”. Ileż tu odniesień zarówno personalnych, osobistych jak i czysto muzycznych. Tych kilka sierpniowych dni minionego roku musiało być ogromnym przeżyciem dla Michaela jak i dla jego przyjaciół-muzyków (Pat Metheny, Jack DeJohnette, Brad Mehldau wymiennie z Herbie Hancockiem i John Patitucci). Sesje były wyjątkowe, Michael grał dopóki wystarczało mu sił, muzycy wiedzieli, że to ostatnie dzieło Beckera, ale dzięki temu uczestniczyli w czymś absolutnie magicznym. Muzycy do końca nie wiedzieli czy następnego dnia Michael pojawi się w studiu i czy będzie mógł zagrać. Czytając wcześniej jak powstawała ta płyta byłem na 99% przekonany wkładając ją do odtwarzacza, że usłyszę balladowe oblicze Michaela, grającego długim, spokojnym dźwiękiem. Nic z tego, na szczęście! Tak jakby chciał pokazać, zobaczcie! Nie poddaję się! Walczę! Do ostatnich dni, do kresu można być twórczym, kreatywnym i taką muzykę zaprezentował na albumie PILGRIME. Ileż tu pasji, muzycznych doświadczeń, emocji, szczerości, barw i doznań. Wszystkie tematy napisał Becker i właściwie we wszystkich paradoksalnie słychać radość życia i ogromną energię. Jedynym utworem kiedy przystajemy, który posiada wolniejsze tempo jest When Can I Kiss You Again?. Z tym pytaniem zwrócił się do Michaela jego nastoletni syn Sam. Przejmujące, jak cała płyta. Ostatni pocałunek, ostatnia płyta, ostatnie muzyczne przesłanie. Obok Timbleweed i tytułowego Pilgrimage najważniejsze chwile na albumie.
Tenor Michaela Breckera jest silny, melodyjny, żarliwy i otwarty. Nie brakuje też dźwięku EWI, instrumentu który rozsławił. Cały 'dream' team zresztą improwizuje aż miło. Te improwizacje wręcz uwodzą, chce się za nimi podążać i śledzić. Naprawdę trudno tu kogokolwiek wyróżnić, jedni będą zachwyceni bardziej lirycznym Mehldau’em (Five Months From Midnight, Half Moon Lane) inni rytmicznym i żywiołowym Hancockiem (The Mean Time, Pilgrimage). Mam wrażenie, że Pat Metheny zawsze był muzykiem podobnie myślącym jak Brecker, poszukującym, nie obawiającym się wyzwań czy bycia posądzanym np. o komercyjny wymiar muzyki. W rezultacie i tak zawsze wychodzili na swoje i to oni z reguły mieli rację. Pat swoją gitarą wtapia się jak kameleon w muzykę Michaela i tworzy godną oprawę dla mistrza. Określając charakter całej płyty powiedziałbym, że melancholia połączona z optymizmem ale z pewnością nie jest to płyta SENTYMENTALNA. Każdy szanujący się jazzfan powinien wziąć udział w tej ostatniej muzycznej podróży ('Pielgrzymce) Michela Breckera. Polecam! *****

O dźwięku:
Powiem otwarcie, że w przypadku tej płyty dużo ważniejsza jest muzyka niż dźwięk. I nie mam tu na myśli samych melodii, a raczej wsłuchiwanie się w niesamowite harmonie i zmiany rytmiczne utworów. Materiał nagrywano w Right Track w Nowym Yorku pod czujnym uchem Joe Ferla. Producentami oprócz Breckera zostali Gil Goldstein, Steve Rodby i Pat Metheny. Osobiście dźwiękiem niestety jestem rozczarowany. Brzmi trochę płasko i brakuje mi średnicy. Obawiam się, że wcale nie zawinili tu inżynierowie, ani producenci. Podobno był to efekt zamierzony. W Europie płytę wydała Emarcy, a w Polsce WA Records – i nie jest to, jak błędnie podałem w piśmie, firma grupy Walk Away. Przepraszam za to niedopatrzenie.
Prywatnie jestem ciekaw amerykańskiego wydania tej płyty, zwłaszcza, że tam „Pilgrimage” wydała audiofilska Heads Up, więc zakładam, że priorytetem będzie dla niej wysoka jakość dźwięku ***

Sylwester Podgórski
Polskie Radio Koszalin

Inne płyty tego wykonawcy:

Nie odnaleziono innych płyt tego wykonawcy.

Pozostałe płyty >>


Idz do gory strony
Mapa serwisu | Reklama Copyright © 2006-2012 Wydawnictwo Computer Graphics Studio.



Gry Komputerowe - Twojegry.com.pl Computer Arts