O muzyce

Czternasty studyjny album brytyjskiej grupy Depeche Mode, zatytułowany "Spirit" miał swoją premierę 17-marca i promowany był przez wydany wcześniej singiel "Where's The Revolution". Po trzech ostatnich albumach wyprodukowanych przez Bena Hillier'a, zespół postanowił zmienić producenta na Jamesa Forda, znanego między innymi ze współpracy z Arctic Monkeys czy Florence & The Machine. Sam fakt, że Ben Hillier wyprodukował dla Depeche Mode aż trzy albumy z rzędu, zasługuje na uwagę, bowiem rzadko kiedy zdarzało się, by Dave Gahan i spółka decydowali się na taki krok – ostatnim producentem, który również dokonał tego trzykrotnie, był Gareth Jones, odpowiadający za brzmienie "Construction Time Again" z 1983, Some Great Reward" z 1984 oraz "Black Celebration" wydany w 1986 roku. Zwykle producent zmieniany był co jeden lub co dwa krążki, ponieważ zespół lubił eksperymentować z nowym brzmieniem. Z tego też powodu najczęściej był problem ze sklasyfikowaniem lub podporządkowaniem muzyki prezentowanej przez Brytyjczyków do jednego, konkretnego nurtu muzycznego, co jednocześnie stanowi o unikalności Depeche Mode. Po "Hillier'owskiej trylogii" w postaci albumów "Playing The Angel" 2005, "Sound Of The Universe" 2009 oraz "Delta Machine" 2013 (tutaj swoje trzy grosze wtrącił Mark Ellis "Flood" znany chociażby z produkcji genialnego albumu "Violator" z 1990 r., oraz szokującego "Songs Of Faith And Devotion" z 1993, przyszedł czas na powiew świeżości w postaci "Spirit". To co zespół zaprezentował na najnowszym longplayu, pokazuje, że zmiana producenta okazała się być zasadna, ponieważ dla całej rzeszy fanów i nie tylko, nowy album powinien zaprezentować się świeżo i zupełnie inaczej niż ostatnie trzy płyty.

"Spirit" otwiera majestatycznie brzmiący, ściskający za gardło, ale jednocześnie zagrany z luzem i ogromną swobodą "Going Backwards" – jest to chyba najlepszy wstęp do nowej płyty od czasów "World In My Eyes" i kultowego albumu "Violator" pochodzącego z 1990 roku. "Going Backwards" wzbudza tak samo silne emocje, ale w nieco inny sposób, ponieważ pochodzący z płyty "Violator", "World In My Eyes" miażdżył od pierwszych chwil, natomiast "Going Backwards", zaczyna się subtelniej, za to z każdą kolejną sekundą, sprawia że napięcie rośnie, dzięki umiejętnemu dawkowaniu i stopniowaniu coraz bogatszej faktury brzmieniowej. Ten utwór ma niesamowicie mocną, zmysłową końcówkę, łudząco podobną do tej z utworu "A Question Of Time" pochodzącego z albumu Black Celebration z 1986 roku, doskonale oddającą klimat jakiego można spodziewać się na "Spirit".

Drugi numer "Where's The Revolution" to pierwszy singiel z tej płyty, jeszcze bardziej podgrzewający atmosferę panującą na "Spirit", sprawiający, że emocje sięgają zenitu! Jest to zdecydowanie jeden z najmocniejszych utworów z tej płyty z riffami gitarowymi nawiązującymi do kultowego "Personal Jesus", zwłaszcza tymi wykańczającymi stadionowo śpiewany refren. Wcale nie dziwi mnie fakt, że "Where's The Revolution został wybrany przez zespól na singla promującego najnowszy longplay. Ten utwór ma w sobie mnóstwo energii i wręcz zmusza słuchacza to wykrzyczenia razem z zespołem początkowych słów refrenu - Where's The Revolution! Jest wreszcie czad za co kocham Depeche Mode, a którego nie znalazłem na dwóch poprzednich, smętnych krążkach.

Kolejny utwór "The Worst Crime" jest pierwszym z trzech na tym albumie autorstwa Davida Gahana (pozostałe dwa Gahan stworzył wspólnie z Martinem, ale i z muzykami sesyjnymi i koncertowymi towarzyszącymi zespołowi, a więc Peterem Gordeno i Christianem Eignerem). "The Worst Crime" zwalnia nieco tempo po mocnym wstępie w postaci "Going Backwards" oraz wybuchowym "Where's The Revolution". Następuje moment rozprężenia, a hipnotycznie brzmiący wokal Gahana jeszcze na długo rozbrzmiewa gdzieś w myślach po wysłuchaniu tego utworu. "The Worst Crime" jest piękny, ale i bardzo smutny wkradający się niepostrzeżenie do naszego umysłu. "The Worst Crime" nie jest najmocniejszym utworem z płyty "Spirit", ale uważam, że ma on drugie dno i wyjątkowy klimat, sprawiający, że "Spirit" po dwóch niewątpliwie świetnych, przebojowych numerach staje się zdecydowanie intymniejszy w odbiorze, usypiając jednocześnie naszą czujność przez kolejnym, chyba jednak najmocniejszym akcentem tej płyty – "Scum", który może również okazać się potencjalnym kandydatem na kolejnego singla i jedną z perełek albumu "Spirit" w ogóle. "Scum" już od pierwszych sekund wgniata w fotel, rozwalając w pył cały spokój powstały po wysłuchaniu melancholijnego "The Worst Crime". "Scum" jest genialny i dla mnie stał się jednym z najlepszych utworów jakie kiedykolwiek Depeche Mode nagrali. Bas brzmi ekspresyjnie, wręcz kipiąc dynamiką i czarując rytmem w stylu największych hitów R'n'B, żywcem wyjętych z klubowego parkietu. Prawdę mówiąc wcale bym się nie zdziwił, jeśli świat obiegła by informacja, że w brzmieniu "Scum" maczał palce sam Timbaland. "Scum" bazuje jednak na swoistej energii, której brakowało mi na kilku ostatnich albumach Depeche Mode, ale w zasadzie jest to tak samo mocny utwór jak "Policy Od Truth", jednak brzmiący znacznie nowocześniej, klarowniej ze zdecydowanie wyższą rozdzielczością z krzykliwymi, odtwarzanymi niczym przez megafon wokalami – super produkcja, rewelacja! Po "Scum" niespodziewanie pojawia się nieco podstępny "You Move" utwór stworzony wspólnie przez Gahana i Gore'a. Kuszący, hipnotyzujący, rozbrajający - taki jest "You Move". Przestrzenny, pozwalający, żeby emocje opadły nieco po hardcorowym "Scum", ale wciąż trzymający bit. "You Move" jest jednym z tych utworów do których przekonamy się bardziej po wielu odsłuchach i dojrzymy w nim nierozerwalny element płyty "Spirit". Podobnie jest z szóstym numerem na płycie – "Cover Me", kolejnym nostalgicznym utworem, z klimatem podobnym do "The Worst Crime", zmierzającym jednak w kierunku powolnego wygaszania emocji powstałych za sprawą "Scum". "Cover Me" jest swego rodzaju pomostem łączącym emocjonalny początek albumu, przechodzący w smętny, nudny gniot "Eternal" w którym tylko końcówka jest nieco ciekawsza – moim zdaniem Martina stać na lepsze solowe dokonania, jak chociażby świetny "Damage People" pochodzący z albumu "Playing The Angel" czy też "Blue Dress" z kultowego albumu "Violator". Po nic nie znaczącym akcencie, w postaci "Eternal", którego w zasadzie w ogóle mogłoby nie być na "Spirit", pojawia się kolejny świetny numer, zatytułowany "Poison Heart". Brzmiący bluesowo z przejmującym wokalem Dave'a Gahana wspomaganym tradycyjnie w ekspresyjnych momentach przez Martina Gore'a. Mam przeczucie, że ten utwór może ukazać się na singlu. Z kolei dziewiąty numer zatytułowany "So Much Love" brzmi niemal jak kopia utworu "Soft Touch/Raw Nerve", którego po prostu nie cierpię. Jednak "So Much Love" wyprzedza go o kilka klas i brzmi zdecydowanie lepiej i nie tak tandetnie, jakby został napisany na kolanie. Generalnie dobry utwór, ale mimo wszystko taki średniak, nie specjalnie zapadający w pamięć, przysłonięty przez znacznie lepsze kompozycje znajdujące się na "Spirit". Nie można odmówić mu jednak dynamiki, żywiołowej rytmiki i znacznego przyśpieszenia tempa po czarującym i wolniejszym "Poison Heart". Dziesiąta kompozycja "Poorman" brzmieniem przypomina mi nieco klimaty z albumu "subHuman" Alana Wildera, byłego członka Depeche Mode, mającego ogromny wkład w największe sukcesy zespołu. Jest tam trochę "Prey" oraz "5000 Years", ale tylko trochę, bo zwłaszcza początek jest chłodny, nieco mechaniczny za sprawą syntezatorowych dźwięków kojarzących się z kolei z brzmieniem Kraftwerk, zwłaszcza z utworu otwierającego koncert "Minimum-Maximum", przeplatanych w kolejnych sekundach świetnie brzmiącą solówką Martina. Moim zdaniem jest to kolejny bardzo dobry utwór z albumu "Spirit". Z kolei przedostatni numer zatytułowany "No More (This Is Last Time), robi to samo, co zrobił na początku "Going Backwards" – brzmi majestatycznie, doniośle i z mocnym, piekielnie dobrze rozciągniętym głębokim wokalem Gahana – jest to typowy klasyczny utwór Depeche Mode. W"No More (This Is Last Time) wokal Dave'a Gahana brzmi chyba najlepiej, bo w najczystszej postaci bez żadnych modulacji, przesterowań i niekonwencjonalnych zabiegów estetycznych. Zamykający album "Fail", drugi solowy utwór w wykonaniu Martina, tak jak "Eternal", również nie należy do najmocniejszych utworów z tej płyty, ale nie jest tak ciężkostrawny jak "Eternal", generalnie może być na zamknięcie "Spirit". Nowy, czternasty już album w karierze Depeche Mode z pewnością nie jest tak przełomowy, jak "Violator", "Songs Of Faith And Devotion" czy "Ultra", ale wniósł do ich twórczości powiew świeżości i sprawił, że muzyka tworzona przez brytyjskie trio odżyła na nowo i w zupełnie innym wymiarze. "Spirit" jest znakomitą i spójną płytą, którą najlepiej słucha się od pierwszego do ostatniego utworu. ★ ★ ★ ★ ½

O dźwięku

Album "Spirit" został wyprodukowany przez Jamesa Forda i to po prostu słychać już od pierwszych taktów. Otwierający album utwór "Going Backwards" jest zupełnym przeciwieństwem jazgotu z jakim mieliśmy do czynienia w przypadku wszystkich trzech albumów wyprodukowanych przez Bena Hilliera.

"Spirit" brzmi nie tyle sterylnie, bo to określenie było by tutaj nadużyciem, co po prostu klarownie i zadecydowanie bardziej rozdzielczo od trzech poprzednich albumów. Mimo całego zastępu instrumentarium składającego się głównie z syntezatorów przeplatanych gitarowymi motywami, została zachowana bardzo ładna, przyjemna w odbiorze soczysta barwa, dodająca tym wszystkim nietypowym dźwiękom bardziej naturalnego wymiaru. Muzyka została przedstawiona ze znacznie lepszą przestrzenią, co przekłada się bezpośrednio na odbiór tej płyty. Zakres niskich tonów cechuje się sporą mocą i siłą przebicia oraz sprężystością. Na "Spirit" pojawia się zdecydowanie więcej detali, stanowiących nie tylko o przekazie emocjonalnym, ale przede wszystkim nadającym poszczególnym utworom tego ostatecznego szlifu, którego po prostu wielu fanom brytyjskiej grupy mogło brakować na wcześniejszych płytach. Wokale nagrano w zróżnicowany sposób i z temperaturą emocjonalną zgodną z charakterem danego utworu – jak na Depeche Mode przystało, jest różnorodnie, ale zdecydowanie w bardziej przystępnym stylu niż na poprzednich płytach. "Spirit" mocno zyskuje kiedy słucha się tego albumu na wydajnych, najlepiej podłogowych kolumnach ze sporym zasięgiem w zakresie niskich tonów, oferujących rzetelnie budowaną stereofonię. ★ ★ ★ ★