Szukaj:


HI-FI HI-FI
Strona główna Prenumerata Archiwalia Kontakt O nas


sklep cgs

ZAMÓW
NOWY NUMER

WRZESIEŃ 09/10
KOD HFC0910


NUMER 11/09
Z PŁYTĄ CD


NUMER 11/08
Z PŁYTĄ CD


NUMER 11/06
Z PŁYTĄ CD


PURE to wyjątkowa kolekcja cudownie nagranych nastrojowych utworów rockowych, jazzowych i klasycznych w wykonaniu takich gwiazd jak: Antonio Forcione, Daniel Mulhern, Fred Simon, Nicolas Meier, Charlie Haden i wielu innych...

ZAMÓW TERAZ
HFC0506

Płyta

Wywiady

Wywiad z KRZYSZTOFEM ZAWADZKIM
Dodany 2009-09-11

KRZYSZTOFEM ZAWADZKIM
Od ponad 20 lat Walk Away jest wizytówką fusion na polskim rynku. Krzysztof Zawadzki oprócz macierzystej formacji wdraża, jak sam mówi, „amerykańskie koncepcje”, dzięki czemu grał z Randym Breckerem, Bobem Bergiem, Deanem Brownem, Erikiem Marienthalem, Hiramem Bullockiem i innymi gwiazdami światowego jazzu. Do tej pory w naszym cyklu nie pojawił się żaden perkusista, więc nadarza się okazja do spojrzenia na świat muzyki uchem bębniarza...

Hi-Fi Choice & Home Cinema: Podobno to wcale nie perkusja była Twoim pierwszym instrumentem?
Krzysztof Zawadzki: Pierwszym instrumentem był akordeon i nie ukrywam, że to było marzenie mojej mamy.

HFC: A dla Ciebie stał się trochę przekleństwem?
KZ: (śmiech) Zawsze tak jest, kiedy dziecko zmusza się do czegoś i później to piętno zostaje.

HFC: Co tak naprawdę spowodowało, że tym ukochanym instrumentem stała się perkusja? A może komuś to zawdzięczasz?
KZ: Nie, chyba tylko sobie. Tak naprawdę to od najmłodszych lat bębniłem na czym się dało, łącznie z urwaniem z wieszaka na spodnie drewnianego kijka, który służył mi za pałkę. We wszystkim widziałem bębny, a akordeon był tylko dodatkiem.



HFC: W którym momencie przekonałeś mamę, że jednak chcesz grać na perkusji?
KZ: Nie było takiego momentu. W średniej szkole muzycznej grałem w zespole składającym się z samych akordeonów i bębnów, a ja grałem na akordeonie basowym, tyle tylko, że w każdej wolnej chwili ćwiczyłem na perkusji. Któregoś razu profesor klasy akordeonu Witold Kulpowicz (ojciec Sławomira Kulpowicza) mówi do mnie: zostaw ten akordeon i graj z nami na bębnach. Tak więc będąc w klasie akordeonu, grałem na perkusji. Następnie bez wiedzy rodziców zapisałem się do szkoły, do klasy perkusji. Dostałem się, o czym następnie zakomunikowałem rodzicom. Mimo że postawiłem ich przed faktem dokonanym, przyjęli to dosyć spokojnie.

HFC: Co według Ciebie oprócz oczywiście poczucia rytmu i ogólnej muzykalności powinno cechować dobrego, rasowego perkusistę?
KZ: To trudne pytanie. Zadaniem perkusisty jest „trzymanie” całego zespołu, ale są gatunki muzyczne w których bębny bardziej „kolorują”, niż nadają groove. Najłatwiej byłoby porównać znaczenie perkusji w muzyce do pędzla w malarstwie. Perkusja ma kolosalne znaczenie, jeśli mówimy o barwie czy brzmieniu nagrań.

HFC: Czujesz się perkusistą stricte jazzowym czy jednak tym grającym fusion?
KZ: Moje korzenie są jazzowe, najpierw to był straight ahead i pół swojego życia grałem jazz. Generalnie czuję się muzykiem, a czy gram straight ahead czy fusion to tak naprawdę nie ma dla mnie znaczenia.



HFC: Na jakim sprzęcie grasz? Co jest najważniejsze, jakie cechy i aspekty?
KZ: Jestem wierny firmie Sonor, z którą jestem związany od ponad 30 lat. Być może jest to związane z moim idolem, czyli Jackiem DeJohnette’em, który w tamtym czasie grał właśnie na perkusji tej firmy. To brzmienie tak strasznie mi pasowało, że zamówiłem wtedy ten sam model, na którym grał mój guru.

HFC: Lubisz „obstawiać” się zestawem perkusyjnym czy jesteś minimalistą, jak np. Stewart Copeland z The Police?
KZ: Jak byłem młody, to miałem dość duży zestaw, sporo talerzyków, bębenków itp. Ale z tego się najzwyczajniej w świecie wyrasta.

HFC: A może to zależy od tego, co się gra, jaki projekt się realizuje?
KZ: Ja realizując różne projekty, w różnych gatunkach muzycznych, używam tych samych bębnów. To jest ewentualnie kwestia zmiany naciągów, odpowiedni dobór rozmiarów talerzy czy werbla do danego rodzaju muzyki. Teraz mam właściwie dwa zestawy perkusyjne, jeden to stary, jeszcze z lat 60., jazzowy Gretsch (do jobów stricte jazzowych) no i Sonor, o którym wspominałem, a który sprawdza się w muzyce pop, fusion czy również w niektórych nagraniach jazzowych.

HFC: Nieczęsto się zdarza, by formacja jazzowa założona już w czasie studiów, w Twoim wypadku Walk Away, przetrwała tyle lat. Na czym polega sukces długowieczności Walk Away i w czym tkwi siła tej grupy?
KZ: Rzeczywiście od 1985 roku minęło trochę lat. Ponad 12 lat graliśmy w niezmienionym składzie, w kwintecie, i po prostu później byliśmy już zmęczeni sobą. Ciągle w trasie. Każdy z muzyków chciał realizować własne rzeczy, a ja zacząłem wdrażać „koncepcje amerykańskie”. Było więc i Walk Awal, i projekty amerykańskie.

HFC: Czy do dziś Walk Away traktujesz priorytetowo?
KZ: Tak, choć czasami ją zaniedbuję (śmiech). Cały czas to jest moje „serce”, moje dziecko, pępowina, od której trudno się oderwać.

HFC: No właśnie, patrząc z perspektywy, czy uważasz, że to dzięki Walk Away otworzyły się dla Ciebie drzwi do współpracy z gwiazdami światowego jazzu?
KZ: W tamtych czasach (koniec lat 80. i początek 90.) to niespecjalnie mogło procentować, oprócz oczywiście ogrania i doświadczenia. Mam tu na myśli komunikację ze światem, która polegała na porozumiewaniu się faksami czy telefaksami. Zaproszenie kogoś z zagranicy to był horror. W takim teleksie można było zawrzeć kilkanaście słów i ewentualnie zapytać: grasz czy nie? To były trudne czasy.



HFC: Kiedy tak naprawdę zacząłeś zapraszać gwiazdy pokroju Erica Marienthala czy Mike’a Sterna?
KZ: W 1994 r. nagrywaliśmy w Warszawie płytę i to było w czasie, kiedy odbywał się Warsaw Summer Jazz Days. Na tym festiwalu grał Eric Marienthal ze swoim zespołem i moja myśl była prosta – może zagrałby coś na naszej płycie. Spotkałem się z nim hotelu, zostawiłem nasze nagrania, opowiadając o Walk Away. Posłuchał, stwierdził, że fajna muzyka i nie ma problemu. Tak się akurat złożyło, że miał wolny dzień, więc ściągnąłem go do studia. Najciekawsze, że dzień lub dwa później był Mike Stern i pomyślałem, że jak zagrał Marienthal, to czemu nie Stern. Pojechałem po Sterna, który miał tego dnia koncert, przywiozłem bardzo późną porą do studia i sesja trwała chyba do trzeciej nad ranem.

HFC: To okazało się dosyć proste.
KZ: Tak, wcześniej była jeszcze Ula Dudziak, Frank Gambale i Nippy Noya. To były początki. De facto jednak to przejście na „amerykańskie ścieżki” nastąpiło po nagraniu płyty „F/X” Walk Away, gdzie oprócz Mike’a Sterna, Erica Marienthala na przeszkadzajkach zagrał Mino Cinelu.

HFC: Po tej płycie zrozumiałeś, że to jest ta Twoja droga...
KZ: Nie. To wyszło dosyć spontanicznie. Skoro nagraliśmy płytę, to naturalnie później nastąpiła trasa koncertowa. Odbyła się trasa, zresztą związana również z 10-leciem zespołu. Przy okazji okazało się, że nie trzeba wielkich zabiegów, aby gościć u siebie znanych wykonawców, że oni są fantastycznymi, otwartymi i zwykłymi ludźmi. No i się zaczęło... Bill Evans, Randy Brecker, Eric Marienthal, który cyklicznie przyjeżdżał do Polski, Dean Brown no i, niestety św. pamięci, Hiram Bullock...

HFC: No właśnie, powspominajmy tych, którzy już odeszli, a z którymi miałeś przyjemność grać. Może zacznijmy od świetnego saksofonisty, m.in. Milesa Davisa, Boba Berga.
KZ: Tak, to była jedna z pierwszych takich spektakularnych dla mnie tras po Polsce, bo z Davidem Kikoskim na zmianę z Joey’em Calderazzo, no i również św. pamięci Andrzejem Cudzichem. Graliśmy totalny straight ahead i tę trasę wspominam niezwykle przyjemnie.

HFC: Wiadomość, że odszedł w tym roku genialny gitarzysta Hiram Bullock, pewnie była dla Ciebie szczególnie bolesna?
KZ: Najpierw bolesne było to, że pół roku wcześniej odszedł Steve Logan, z którym i Ja, i Hiram graliśmy cztery lata. Steve właściwie grał we wszystkich moich projektach zagranicznych i również w Walk Away International Edition. Odejście Steve’a było dla mnie niespodziewane, wierz mi, przez kilka miesięcy nie mogłem się pozbierać. I pod koniec lipca tego roku kolejny cios, odszedł Hiram. A jeszcze trzy miesiące wcześniej grałem z nim trasę i były plany kolejnych.

HFC: Jakim człowiekiem był Hiram Bullock? Z tego co wiem, był osobą, której nie można było nie lubić?
KZ: Po pierwsze wulkan energii, człowiek, który nigdy nie był zmęczony. Po drugie zawodowiec w każdym calu. Czasami było tak, że podpieraliśmy się na rzęsach, niewyspani, a on zawsze uśmiechnięty, gotowy do pracy i bezproblemowy.

HFC: Ale miał mimo wszystko problemy?
KZ: Pamiętam jak po koncercie bodajże w Radomiu został przeprowadzony czat z fanami. Jeden z czatujących zapytał Hirama, czy ma przyjaciół. I on wtedy, pamiętam, odpowiedział: nie mam przyjaciół, ja jestem sam.

HFC: Zaskoczył Cię wtedy?
KZ: Strasznie. Dotarło wtedy do mnie, że pod tym „płaszczykiem” człowieka duszy, towarzystwa jest typem samotnika, a raczej osoby samotnej i trochę zagubionej. Co nie znaczy, że był człowiekiem zamkniętym w sobie.

HFC: Miał wtedy problemy z narkotykami?
KZ: On miał problemy bardzo dawno temu. Nie tylko narkotyki, ale i alkohol, szczególnie kiedy grał w triu Jaco Pastoriusa. Grałem z Hiramem prawie pięć lat i nigdy nie było narkotyków, po prostu się „wyczyścił”, odciął się od tego. Okazało się natomiast, że ma raka krtani i dało się to już zauważyć na ostatniej trasie, kiedy był ewidentnie przygaszony. Później miał chemioterapię, przestał grać i po jakimś czasie choroba cofnęła się. Wyleczył się, ale z drugiej strony zwątpił w siebie i wrócił do nałogów. Grał jeszcze w orkiestrze Gilla Evansa prowadzonej przez brata Gilla, ale już tam miał problemy i niestety znaleziono go martwego, a lekarz orzekł zawał serca.

HFC: To był pewnie szok dla środowiska muzycznego w Stanach, bo ten gitarzysta grał prawie z każdym...
KZ: Znaleziono go martwego ok. 12 w nocy w Nowym Jorku, a ja o godz. 4 rano dostałem wiadomość z San Diego, że nie żyje. Po czterech godzinach ludzie z San Diego, a konkretnie Dean Brown wiedzieli, że Hiram nie żyje. Z początku ta wiadomość w ogóle do mnie nie docierała. Czytałem drugi raz, trzeci... w końcu zadzwoniłem do Stanów, żeby się upewnić. To był szok.

HFC: Myślę, że szok również dla polskich fanów talentu tego niezwykłego gitarzysty. Spośród muzyków, z którymi grałeś, kilku z pewnością zasługuje na szczególne podkreślenie. Saksofonista Bill Evans, grający kiedyś z Milesem, realizuje się w bardzo różnych projektach: jazzowych, fusion, smoothjazzowych, wold music...
KZ: I ostatni zupełnie zaskakujący projekt soulgrassowy z banjo i trochę w stylu Bella Flecka, ale z większym naciskiem na muzykę soul. Ten facet lubi „kombinować” w tym pozytywnym znaczeniu, nie odcina kuponów, poszukuje. Przy tym wszystkim ma swój styl.

HFC: Jakie masz doświadczenia ze współpracy z Mike’em Sternem?
KZ: Tylko studyjne, ale interesujące. To wyglądało tak, że gramy mu numer, a on jeszcze nic nie wie, nie dostał nut, a już gra. I wszystko jest ok! W pewnym momencie jest „dziura” na solo, więc on wchodzi z solówką, choć nie wiedział, że to ma być akurat jego solo. Tak naprawdę nie zdążyliśmy mu nic powiedzieć, on cały czas grał, skończył się numer i Mike mówi: następny! (śmiech)

HFC: Kolejny świetny gitarzysta z Australii, Frank Gambale, którego polska publiczność mogła poznać dzięki Tobie.
KZ: On nagrał kilkanaście solowych płyt, no i oczywiście grał w elektrycznym bandzie Chicka Corei i Vital Information Stve’a Smitha. Jego solowe projekty są bardzo różnorodne, to jest też jeden z tych gitarzystów poszukujących.

HFC: Ale przyznasz, że to gitarzysta z takim rockowym zacięciem?
KZ: Powiem inaczej, gitarzysta z zacięciem gwiazdorskim. Cały czas grając swoje, mierzył się a to ze Stevem Vai, a to Joe’em Satrianim. Miał cały czas gdzieś z tyłu głowy parcie na to, żeby być rockandrollowcem, ale to jazzowy gitarzysta i będzie nim zawsze.

HFC: Przyjaźnisz się również z świetnym gitarzystą Deanem Brownem, postrzeganym jednak jako gitarzysta głównie sesyjny?
KZ: Dean jest chyba bardziej postrzegany nie jako gitarzysta sesyjny, a sekcyjny. Potrafi zagrać świetne solo, ale jego największym atutem jest groove.

HFC: I pewnie dzięki temu, że grał z Becker Brothers, Steps Ahead, Marcusem Millerem, Billy Cobhamem, Joe Zawinulem czy Robertą Flack, jest chodzącą encyklopedią wiedzy o tych gwiazdach? Do tego to chyba bardzo towarzyski facet?
KZ: Normalny, otwarty. Tak naprawdę wszyscy muzycy, z którymi grałem i mają na koncie współpracę z największymi lub sami są legendami, to są najzwyklejsi, najnormalniejsi ludzie na świecie. Dean jak przyjeżdża do Polski, mieszka u mnie w domu, bo jak mówi: mam gdzieś hotele. Nawet jak gra w Niemczech i ma dzień wolny, to przyjeżdża, żeby chwilę posiedzieć i pogadać. Mogę zdradzić, że wkrótce ukaże się nowa płyta Deana Browna nagrana w trio ze mną na perkusji i Mirkiem Wiśniewskim na basie. Chcemy również wykorzystać pięć utworów nagranych ze Stevem Loganem.

HFC: Z gitarzystów grałeś jeszcze z Davidem Gilmore’em?
KZ: Oj, było tych znanych gitarzystów jeszcze wielu, bo i Mark Withfield, Scott Henderson czy Henry McCullough, który grał z Joe Cockerem czy The Wings Paula McCartneya.

HFC: Postawiłeś sobie za cel realizację coraz to nowych projektów z międzynarodowymi gwiazdami jazzu?
KZ: W pewnym sensie to dla mnie karma, choć po tylu latach stała się trochę codziennością. Ale to oczywiście w porównaniu z pierwszymi przyjazdami, np. Hirama Bullocka, kiedy cały mokry i spocony od emocji czekałem na niego na lotnisku.

HFC: Czy tą karmą jest to życie koncertowe, czy praca w studiu?
KZ: Oczywiście koncerty, choćby ostatnio, kiedy grałem w trio z Mitchelem Formanem na keyboardach i Barrym Finnertym, który grał z Milesem Davisem na „Man With The Horn” czy „Heavy Metal Be-Bop” z Brecker Brothers.

HFC: Dobrze, że wspomniałeś o Brecker Brothers, bo niejako na deser zostawiłem sobie temat Randy’ego Beckera. W jaki sposób się poznaliście, jak doszło do pierwszego grania?
KZ: Po Deanie Brownie to mój najlepszy kumpel, taki papa Randy. Strasznie walczyłem, aby pojawił się w Polsce i zagrał trasę w Walk Away. Dzięki determinacji udało się go sprowadzić i zagrać trasę, do której przygotowaliśmy też kilka utworów Brecker Brothers, których on nigdy ze względu na stopień trudności nie grał na żywo. Trasa i płyta okazały się sporym sukcesem, a Randy był zachwycony. Pomimo tego, że ma już sporo lat, to po koncercie ma ochotę na wyjście w miasto, imprezę, dyskusje do późnej nocy. Jest strasznie ciekawy życia i wszystkiego, co się wokół niego dzieje. Zawdzięczam mu też, że mógł mnie zarekomendować innym muzykom, do których starałem się dotrzeć i bez jego pomocy nigdy bym z nimi nie zagrał. On w swoim środowisku ze względu na markę i uznanie jest papą, a to oznacza, że jak Randy kogoś poleci, to nie ma „ściemy”.

HFC: Czy dzięki Randy’emu miałeś okazję poznać Michaela Breckera?
KZ: Niestety, nasze plany koncertowe zawsze rozmijały się z planami Michela. Pewnie zapytasz mnie, czy nie próbowałem?

HFC: Oczywiście!
Chciałem, ale z jednej strony nie było okazji, ani ja nie miałem „czelności” (śmiech).

HFC: Czy trudno było namówić Randy’ego do współpracy nad projektem „Tribute To Jaco Pastorius”?
KZ: Początkowo ten projekt funkcjonował z Bobem Mintzerem, który zagrał w części trasy, a na następnych koncertach zagrała Ada Rovatti, żona Randy’ego Breckera. Założenie było takie, że z przodu gra dwóch frontmanów od Jaco, czyli Randy i Mintzer. Ten ostatni po przyjeździe do Polski powiedział do Randy’ego: hej człowieku, ostatni raz graliśmy chyba ze sobą z Jaco Pastoriusem. To niesamowite!

HFC: Słuchając Ciebie, mam wrażenie, że całkiem nieźle odnajdujesz się w roli menagera. Muzyka, który nie tylko czeka, aż zadzwoni telefon, ale sam prowokuje pewne zdarzenia...
KZ: Kiedyś nie było menagerów, albo jak byli, to nic nie robili. Pomyślałem więc, że jak mam siedzieć w domu, to lepiej samemu wykonać kilka telefonów i poszukać innych możliwości. To weszło mi w krew i tak już zostało.

HFC: Czyli Polak potrafi i nie ma się czego wstydzić?
KZ: Oczywiście, trzeba tylko wykonać kilka kroków, które później zaprocentują.

HFC: Jak wyglądają w takim razie te najbliższe plany Walk Away?
KZ: W styczniu zamierzamy wejść do studia i nagrać nową płytę, a mamy już 80% materiału, który graliśmy na koncertach. Jest kilka nowych tematów, które czekają na nagranie.

HFC: Pojawią się znów goście?
KZ: Nie. I to świadomie. Zagramy w kwartecie i to będzie taki powrót do korzeni. Niestety, utarło się powiedzenie: a z kim przyjedziesz? Chyba było tego trochę za dużo i słyszałem już głosy w rodzaju: a może by tak Walk Away sam zagrał? Postanowiłem więc, że płyta z Walk Away w kwartecie, a w czasie trasy koncertowej, która odbędzie się wiosną, może kogoś zaprosimy, ale tak naprawdę w tym temacie nie mam wielkiego ciśnienia.

HFC: Pod nazwą WA ukrywa się też Twoja wytwórnia płytowa. Jak to jest wydawać w tych czasach samemu płyty z muzyka jazzową, jak wygląda dystrybucja? Czy to się opłaca?
KZ: Ludzie niestety przestali kupować płyty. Dzięki albo przez Internet ludzie ściągają mp3 i przestają odwiedzać sklepy muzyczne. Płytę tak naprawdę najlepiej sprzedać po koncercie. Niedawno wydałem bratu płytę, na której zagrali m.in. Dean Brown, Randy Brecker, Eric Marienthal. Wyobraź sobie, że zagraliśmy tylko jeden promocyjny koncert, gdzie można było kupić tę płytę. Po trzech dniach w Necie były już za darmo mp3 do ściągnięcia! Oczywiście sytuacja nie do namierzenia, kto chce, ma płytę za darmo, więc po co kupować.

HFC: Może więc umieszczać odpłatnie utwory do ściągnięcia, choć w przypadku muzyki jazzowej nie wiem, czy gra jest warta świeczki?
KZ: Internetowa sprzedaż płyt to pewnie przyszłość, ale u nas ludzie przyzwyczaili się do piractwa, czyli ściągania za darmo. Z drugiej strony sprzedawanie plików po 1zł czy 1,5zł mija się z celem. Ile tak naprawdę musiałoby być ściągnięć, aby zwróciły się koszty wynajęcia studia, nagrania i produkcji? Mam wrażenie, że ostatnio wydawanie płyt to takie drogie hobby.

HFC: Audiofile z pewnością tak szybko nie pozbędą się nośnika CD, choćby ze względu na jakość dźwięku. Jakie są Twoje ulubione płyty pod tym względem?
KZ: Rozpatruję płytę najpierw w kategoriach muzycznych. Jak jest świetna muzycznie, to nie przeszkadza mi, że jest słabsza od strony technicznej, dźwiękowej. Uwielbiam płyty Quincy Jonesa, jak „Back On The Block” czy „The Dude”. Produkcja tych płyt robiła na mnie ogromne wrażenie. To samo dotyczy płyt, których Quincy był producentem, jak Michaela Jacksona, Jamesa Ingrama, Patti Austin i innych.

HFC: Na jakim sprzęcie aktualnie słuchasz muzyki?
KZ: Sytuacja jest taka, że mam w domu małe studio, w którym w zależności od sytuacji mam trzy rodzaje odsłuchu. Jeśli ćwiczę, to używam scenicznych, aktywnych MACKIE SRM-450. Monitory studyjne JBL4206 służą mi do sprawdzania tego, co nagram w studiu. Mają korekcję zerową, więc dźwięk jest jak najbardziej naturalny, liniowy. Trzecia opcja w domu to słuchawki i te, których obecnie używam, to Sennheiser HD 580.

HFC: Specjalne życzenia na 2009 Rok?
KZ: Jak będzie dopisywać zdrowie, to będzie też cała reszta, czyli granie, koncerty i nowe płyty. Będzie ta karma, o której wspominałem i którą się żywię od ponad 30 lat.

Oficjalna strona Krzysztofa Zawadzkiego i Walk Away
www.walkaway.home.pl


Rozmawiał: Sylwester Podgórski,
Polskie Radio Koszalin

Artykuł pochodzi z miesięcznika „Hi-Fi Choice & Home Cinema” nr. 1/2009

Ostatnie wywiady:

Pozostałe wywiady >>





Idz do gory strony
Mapa serwisu | Reklama Copyright © 2006-2010 Wydawnictwo Computer Graphics Studio.



Gry Komputerowe - Twojegry.com.pl Computer Arts