![]()
|
ZAMÓW
NOWY NUMER WRZESIEŃ 09/10 KOD HFC0910 ![]() E-PRENUMERATA NUMER 11/09
Z PŁYTĄ CD
NUMER 11/08
Z PŁYTĄ CD
NUMER 11/06
Z PŁYTĄ CD
PURE to wyjątkowa kolekcja cudownie nagranych nastrojowych utworów rockowych, jazzowych i klasycznych w wykonaniu takich gwiazd jak: Antonio Forcione, Daniel Mulhern, Fred Simon, Nicolas Meier, Charlie Haden i wielu innych... ZAMÓW TERAZ
HFC0506
|
|||||||||
|
Wywiady Wywiad z JAROSŁAWEM ŚMIETANĄ Dodany 2009-02-25Niewielu jest w Polsce jazzmanów, którzy z tak wielką determinacją i konsekwencją realizują kolejne muzyczne projekty w międzynarodowych składach. Jarosław Śmietana, jazzowa gitara numer jeden w naszym kraju i jeden z czołowych gitarzystów europejskich, ma na swoim koncie nagrania m.in. z Artem Farmerem, Johnem Abercrombiem, Eddie Hendersonem, Bennie Maupinem czy Indrisem Muhammadem. Poza tym o gitarze wie prawie wszystko… HFC Czy gitara była pierwszym i od razu tym ukochanym instrumentem? JŚ W zasadzie tak. Wcześniej grałem na fortepianie amatorsko w domu, ale tak naprawdę to gitara była pierwszym instrumentem, który mnie zafascynował do tego stopnia, że chciałem zostać profesjonalnym muzykiem. HFC Jaką gitarę po raz pierwszy trzymał Pan w rękach i jakie temu towarzyszyły emocje? JŚ To, co wtedy oferował polski przemysł muzyczny, to był skandal. Ale i tak gitara, którą dostałem od babci, była czymś na tamte czasy wyśnionym. Szybko się jednak zorientowałem, że jakościowo to nie najlepszy instrument, więc zacząłem starania o lepszy. Tyle, że to już cała epopeja na temat zdobycia w tamtych czasach profesjonalnego instrumentu. HFC Na jakich instrumentach gra Pan obecnie i co jest najważniejsze w gitarze? Co musi mieć, żeby można było powiedzieć, że ten instrument ma duszę? JŚ Głównie gram na gitarze elektrycznej, gitar akustycznych używam raczej tylko w studiu. Dla mnie gitara to przede wszystkim gryf, manuał, wygoda gry, równość wybrzmienia, utrzymywanie stroju i to właściwie są podstawowe rzeczy. Gdybym miał wymienić tę najważniejszą, to jednak gryf. To, w jaki sposób wykonana jest podstrunnica, w jaki sposób nabite są progi, jaki jest komfort gry na instrumencie. To wszystko związane jest z gryfem. Cała reszta w gitarze elektrycznej moim zdaniem jest mniej ważna, ponieważ w grę nie wchodzą względy akustyczne. Ja gram na gitarach półakustycznych, czyli takich, które posiadają pudło rezonansowe, które jednak nie determinuje brzmienia gitary. Zasadą jest, że taka gitara akustyczno-elektryczna wcale nie musi mieć wielkiego dźwięku akustycznego, gdyż to robią przetworniki. Używam wielu instrumentów. Kolekcjonuję gitary od ponad 30 lat. Mam w swojej kolekcji świetne instrumenty takich firm, jak Gibson, Fender, Martin, Yamaha, Parker, Epiphone. Mam kilka naprawdę znakomitych instrumentów, a prawidłowość jest przedziwna, mianowicie im starszy instrument, tym lepszy. W latach 60. czy 70. były wykonane ze znacznie lepszych materiałów i znacznie staranniej. Wynikało to z tego, że nie było takiej masówki produkcyjnej, jak obecnie. Gitara Gibsona z 60. lat to jest Rolls-Royce w porównaniu z gitarą Gibsona współczesną. Przepaść jest dramatyczna, choć firma jest ta sama i gitara wygląda bardzo podobnie. Różnica jest w jakości wykonania, użytych materiałach, a to automatycznie przekłada się na brzmienie instrumentu. Dochodzi do takich absurdów, że np. gitary Fendera czy Gibsona z lat 60. osiągają astronomiczne ceny. Oprócz kolekcji pięknych, starych gitar Gibsona mam robione specjalnie dla siebie. Ostatnio gram na gitarze wykonanej przez firmę Mayones, która jest zrobiona według moich pomysłów i wskazówek. Z przyjemnością muszę powiedzieć, że jest to uniwersalna gitara koncertowa, na której właściwie gram cały czas. HFC Jak rozumiem, w trasy nie zabiera się całego arsenału gitar, a jedynie dwie, trzy koncertowe? JŚ Tak, ja zazwyczaj w trasie mam jedną, dwie gitary, takie które spełniają wszystkie warunki optymalne na trasie. Natomiast całej mojej kolekcji używam w studiu nagraniowym, gdyż każda brzmi inaczej. Jest jeszcze jeden aspekt, a mianowicie kilka jest naprawdę bardzo cennych, posiadam np. model Gibsona z 1966 roku, który kiedyś był własnością Wesa Montgomerego. Taka gitara warta jest 30-40 tysięcy dolarów. To są perły, unikaty, których po prostu boję się zabierać w trasy. HFC Zastanawiał się Pan kiedyś, dlaczego jazz a nie muzyka rockowa? Z tego co pamiętam, grał Pan na początku lat 70. z Dżamblami? JŚ W ogóle to zaczynałem od bluesa i od Jimmy’ego Hendriksa, Dżamble to już uważam za zespół pół-jazzowy. Zaczynałem jak każdy gitarzysta, bo ja jestem tym pokoleniem, w którym pojawiła się gitara elektryczna i zrobiła tak olbrzymią karierę. Proszę zwrócić uwagę, że podobnie było z moimi kolegami o „światowych” nazwiskach, jak John McLaughlin, John Scofield, Pat Metheny czy John Abercrombie. Oni wszyscy kiedyś zaczynali jako gitarzyści bluesowo-rockowi zafascynowani Hendriksem. Jestem dokładnie tym samym pokoleniem i w tych samych czasach się rozwijałem. Muzyka jazzowa mnie w pewnym momencie „połknęła” swoimi możliwościami, horyzontami, witalnością oraz niebywałą energią. W jazzie można iść w każdą stronę, można nawet wykorzystywać elementy, które są zdobyczą muzyki poważnej. Przecież harmonie Ravela, Debussy’ego czy Chopina są bardzo często używane w jazzie. Jazz dał mi po prostu możliwości twórcze znacznie większe, niż gdybym był tylko muzykiem rockowym. HFC Czy są osoby, którym Pan zawdzięcza, że stał się jazzmanem z krwi i kości? Przy okazji jestem ciekaw, czy w latach Pana młodości wzorcami była ta światowa czołówka, czy może nasz Komeda, „Duduś” Matuszkiewicz, czy Trzaskowski? JŚ Ja jestem dużo młodszy od tego pokolenia, więc załapałem się na jazz w późniejszym czasie. Wielkim guru i nauczycielem był dla mnie Zbyszek Seifert, z którym zresztą grałem w zespole. To był człowiek, który z polskich muzyków mnie najbardziej zainspirował i najwięcej się od niego nauczyłem. Duży wpływ na mnie miał też Zbyszek Namysłowski, bardzo też cenię Ptaszyna Wróblewskiego i Janusza Muniaka. Później interesowałem się już tylko Milesem Davisem, Johnem Coltrane’em, byłem zafascynowany Wesem Montgomerym i Georgem Bensonem z gitarzystów i „pożerałem” wszystko to, co robili. Zresztą tego ostatniego poznałem osobiście. Teraz staram się mniej słuchać gitarzystów, żeby nie zatracać własnego języka, własnego rozpoznawalnego dźwięku. Ciekawe jest to, że swoich rówieśników, Johna Scofielda i Johna Abercrombiego, poznałem w Stanach, kiedy jeszcze nie byli tacy sławni. To jest ta sama generacja, pokolenie... HFC No właśnie, dla mnie był Pan zawsze muzykiem, który nigdy nie miał tzw. „kompleksu Zachodu”. Czy w związku z tym trochę Pan nie żałuje, że w latach 70., 80. musiał Pan żyć, pracować w takim, a nie innym ustroju. Być może w innych uwarunkowaniach ta międzynarodowa kariera potoczyłaby się dużo szybciej? JŚ Na pewno tak! Pewnie przy mojej determinacji i imperatywie to prawdopodobnie mając możliwości życia w Stanach, moja kariera potoczyłaby się inaczej. Może bardziej spektakularnie. Z drugiej jednak strony przy całej mojej nienawiści do poprzedniego systemu muszę jedną rzecz zupełnie obiektywnie przyznać, że w momencie, kiedy stałem się profesjonalnym muzykiem, cały czas, czyli ponad 30 lat, grałem jazz. Nigdy przez ten czas nie nagrałem płyty bądź nie zagrałem rzeczy, których mógłbym się teraz wstydzić. To nie zawsze jest dane muzykom, nawet tym żyjącym na zachodzie. Z czystym sumieniem patrząc na swoje dokonania, mogę powiedzieć, że zawsze robiłem to, co chciałem. HFC Pamięta Pan swoje pierwsze granie na Zachodzie? JŚ Pierwszy raz wyjechałem na trasę do Holandii w 1974 roku. Byłem, co tu dużo mówić, oszalały. Wyjazd okazał się jedną wielką fascynacją. To, że nigdy nie zostałem na Zachodzie, mimo że miałem wiele propozycji, jest też wynikiem mojego zaklętego we wnętrzu poczucia sentymentu i bycia u siebie (w Polsce). HFC Czy jest taki moment w życiu muzyka, kiedy czuje, że może grać z najlepszymi na świecie? JŚ To jest w dużej mierze kwestia osobowości. Nie wystarczy być uzdolnionym muzycznie, pracowitym, mieć trochę szczęścia, trzeba też mieć predyspozycje psychiczne, żeby znaleźć się wśród najlepszych. Ja nie jestem introwertykiem, jestem człowiekiem, który wychodzi naprzeciw. Nigdy nie bałem się grać z muzykami lepszymi od siebie, wręcz przeciwnie, starałem się otaczać muzykami lepszymi, bo wydawało mi się, że moja edukacja muzyczna i emploi będą stale podnoszone. Od momentu, kiedy się okazało, że można sobie pozwolić na współpracę ze światową czołówką, robię to konsekwentnie cały czas. Na mnie taka współpraca wpływa bardzo kreatywnie i daje dodatkowy bodziec do pracy. HFC Tak się złożyło, że niestety wielu wybitnych polskich jazzmanów, z którymi Pan grał, nie ma już wśród nas. Sławek Kulpowicz, Henryk Majewski, że nie wspomnę o Zbigniewie Seifercie, który jako jeden z pierwszych polskich jazzmanów odniósł sukces na Zachodzie. Jakim był człowiekiem? JŚ Zacznę od tego, ze niewielu ludzi wie, że na początku grał na saksofonie altowym, ponieważ na studiach zabronili mu grać jazz na skrzypcach. Takie to były czasy! Dla mnie, i nie chciałbym, żeby to obraziło innych muzyków, Seifert jest największym polskim muzykiem, może oprócz Komedy, którego jednak rozpatrywałbym jako genialnego kompozytora. Jeśli jednak mowa o instrumentaliście, to do tej pory, proszę mi wierzyć, ja jeżdżę po świecie, o Seifercie wciąż się pamięta. Pomimo tego, że żył krótko i krótko przebywał na Zachodzie, to wystarczyło, że do tej pory większość muzyków wciąż go pamięta. Nagrywałem z Seifertem płytę „Kilimandżaro” (ostatnią nagraną w Polsce), ale są płyty nagrane na zachodzie, jak „The Man In The Light”, którą szalenie polecam, gdzie wychodzi kunszt i geniusz Zbyszka. Kiedy słucha się tych nagrań, to dochodzi się do wniosku, że do tej pory takiego skrzypka na ziemi nie było. I to potwierdzają wszyscy, którzy mają pojęcie o jazzie. Przy tej okazji opowiem pewną anegdotę związaną z czasami, kiedy poznałem Zbyszka. Zaprosił mnie do siebie (obaj mieszkaliśmy w Krakowie), gdyż ja strasznie chciałem pogadać z nim o jazzie. Proszę pamiętać, że to był przełom lat 60. i 70. Pokazał mi zeszyt nutowy, bardzo gruby, zapisany maczkiem nutami. Pytam się: „co to takiego?” On mówi: „to jest moja praca, którą zrobiłem, jeśli chcesz grać jazz, to musisz też coś takiego zrobić”. To była płyta „Blue Train” Johna Coltrane’a ze spisanymi solówkami wszystkich muzyków, którzy na tej płycie grają. Dźwięk po dźwięku. Teraz oczywiście można takie opracowania kupić, ale proszę mi wierzyć, że pracuje nad tym cały sztab ludzi. Zresztą nie ma porównania, jak się coś takiego kupi, niż jak się to zrobi samemu. W przypadku Seiferta to była praca tytaniczna. On tego Coltrane’a najpierw na alcie, później na skrzypcach przyswoił, ale nie skopiował. Przefiltrował przez swoją osobowość i rozwinął. To tak, jakby porównać jak pięknie rozwinął muzykę Billa Evansa Keith Jarrett, tak samo można powiedzieć, że muzykę Coltrane’a rozwinął Seifert. HFC Nie będę ukrywał, że interesuje mnie motyw wyboru takich, a nie innych muzyków do poszczególnych międzynarodowych projektów. Co determinuje Pana wybory? JŚ Pracuję z muzykami z kręgu moich zainteresowań. Gary Bartz to jest człowiek ze „stajni” Milesa Davisa, podobnie rzecz się ma z Bennie Maupinem, który przecież grał choćby na „Bitches Brew”. Z koeli na przykład Eddie Henderson przez 10 lat grał z Herbiem Hancockiem, czyli de facto też „stajnia” Davisa. Ronnie Buragge grał z Joe Zawinulem przez wiele lat w Syndicate, a Zawinul to też „stajnia” Davisa (śmiech). Idris Muhammad jest dla mnie mainstreamowym perkusistą numer jeden, porównywalnym z Billym Higginsem. Idris mieszkał przez trzy lata w Wiedniu, więc dosyć blisko, i dzięki temu mogłem z nim współpracować. Brada Terry’ego poznałem w Krakowie i zachwyciłem się jego muzykalnością. Gra na klarnecie, instrumencie, który mnie nigdy nie przekonywał, ale w jego ustach brzmi niesamowicie. We wszystkich przypadkach, o których mówiłem, połączyła nas miłość do jazzu. Dla mnie jazz to jest określony stosunek do muzyki i nie tylko. To jest z jednej strony swoboda, a z drugiej olbrzymia odpowiedzialność. To jest połączenie wiedzy z „wariactwem”. To jest przede wszystkim przepiękny, szlachetny dźwięk, który trzeba pielęgnować. Tego chyba najbardziej nauczyłem się, grając z wielkim Artem Farmerem, który był w zasadzie „czystą muzyką”. Muzyka to jest wielka magia. Tak się składało w moim życiu, że krążyłem wśród tych ludzi, od których mogłem się czegoś nauczyć i jednocześnie stanowili zakres moich fascynacji i zainteresowań. HFC Co ciekawego planuje Pan w najbliższym czasie, czym znów nas zaskoczy, jak choćby projektem Grube Ryby z muzykami hip-hopowymi? JŚ Kilka miesięcy temu wyszła ostatnia, pośmiertna płyta ze Steve’em Loganem „Revolution”. Można powiedzieć, że to płyta soul-jazzowa, trochę w stylu „What’s Going On?”. W tej chwili pracuję nad nowym projektem, który będzie hołdem dla Ornette Colemana. Muzyka, którego zawsze ceniłem, a w Polsce jest mało popularny. Zazwyczaj jednym tchem wymienia się Coltrane’a, Davisa, Ellingtona czy Armstronga, a zapomina się o Colemanie. To będzie płyta nagrana w trio z gościnnym udziałem Hamieta Bluietta, saksofonisty barytonowego numer jeden według „Downbeatu”, niegdyś członka zespołu Mingusa no i oczywiście World Saxophone Quartet. Hamiet zagra w czterech utworach, a płyta będzie nosić tytuł „Tribute To Ornette Coleman” i ukaże się jeszcze w tym roku. Najnowszego projektu właściwie nie powinienem zdradzać, ale skoro już o tym mówimy, to też będzie tribute, tyle że z utworami Hendriksa. Ciekawostką może być to, że na tej płycie oprócz gry na gitarze również śpiewam! HFC Sporo tych nowych projektów, płyt z cyklu „tribute”. Ciekaw jestem, czy Jarek Śmietana w ostatnich latach czuje się bardziej gitarzystą, czy kompozytorem. Czy te proporcje z upływem lat się zmieniają? JŚ Nie ukrywam, ze kiedyś pisałem znacznie więcej. Teraz piszę mniej, ponieważ więcej nagrywam. Dawniej rzeczywiście pisałem autorskie płyty, teraz na płytach zamieszczam jeden, dwa, góra trzy autorskie tematy. Po dwóch „tributach” zamierzam znów nagrać całkowicie autorską płytę, która będzie zaskoczeniem dla jazzfanów. Nie chcę powielać jednego pomysłu. Chcę, żeby moja muzyka była pełna elementów, które mnie w życiu spotykają. Takie jest założenie i stąd ta różnorodność mojej twórczości. Czasami jest zbliżona do ortodoksyjnego jazzu, mainstreamu, na pograniczu free, soul-jazzowej stylistyki, straigh-ahead jazzu. Staram się robić różne rzeczy, bo wszystko mnie fascynuje. Wychodzę z założenia, ze jeśli moja oryginalna muzyka będzie „barwna i kolorowa”, to mam szansę się z nią przebić... HFC Ale dla mnie pozostanie Pan zawsze melodykiem, zgodnie z Pana tezą, że jazz musi być „ładny”, cokolwiek to znaczy... JŚ (śmiech) Tak, muzyka musi być piękna, to jest sztuka piękna. Jeśli muzyka nie będzie sztuką piękną, to przestanie być sztuką. Oczywiście kryteria piękna są różne, powinno to być jednak główne kryterium. HFC Na zakończenie to, co tygrysy lubią najbardziej, czyli wątek audiofilski. Jaki dźwięk lubi Jarek Śmietana? JŚ Ciepły, lampowy, ja jestem trochę audiofilem, mam sprzęt lampowy wysokiej klasy. Lubię słuchać muzyki na dobrym sprzęcie, analogowo, jeśli płyty CD, to przynajmniej 24-bitowe… HFC To proszę się pochwalić czytelnikom „HFC”, bo pewnie są bardzo ciekawi. JŚ Z przyjemnością. Odtwarzacz CD lampowy bardzo cenionej manufaktury Ancient Audio Lector IV. Posiadam wzmacniacz lampowy Cayin TA35, no i kolumny Sonus Faber Cremona Auditor, które są z pewnością najcenniejszą częścią mojego zestawu. Całość gra mięciusieńko, ciepłym dźwiękiem. Mam też gramofon, podobnie jak odtwarzacz CD, firmy Ancient Audio. Nie jestem jakimś wariatem, który jest nastawiony tylko na analogi, jeśli jest dobrze zmasterowane CD, to można na dobrym sprzęcie osiągnąć przyjemny dźwięk. HFC Ma Pan ulubione płyty-wzorce? JŚ Oczywiście, uważam że większość płyt Weather Report brzmi rewelacyjnie. Znakomicie też brzmi płyta „Beyond The Missourri Sky” Charliego Hadena i Pata Metheny’ego. To jest wzorcowo nagrana płyta, choć nie jestem wielkim fanem Metheny’ego. Miles Davis też zawsze dobrze nagrywał, dbał o szczegóły, zwłaszcza świetnie brzmią płyty koncertowe. Poza tym niektóre remastery płyt z Blue Note, np. starych nagrań Rudy’ego Van Geldera. Za dużo jest tych płyt, w związku z tym nie potrafię wymienić jednej, która byłaby takim absolutnym wzorcem. HFC Jeszcze jedna kwestia, która dla audiofila wydaje się być istotna. Wszystko wskazuje na to, że w dobie Internetu, twardych dysków, płyta CD skończy swój żywot, a upowszechni się mp3… JŚ Nie zgadzam się z tym. Mp3 to przecież taka kompresja, że żaden szanujący się audiofil tego nie przyjmie. Ja do tej pory nie kupiłem iPoda ani nie słucham w formacie mp3, bo wyraźnie słyszę zmianę. Ta kompresja wpływa na pogłos, górne alikwoty, przestrzeń dźwięku, np. talerze czy fortepian jest dla mnie nie do słuchania. To jest format absolutnie nie do przyjęcia! Jeśli CD zostanie wyparte, to w zamian powinniśmy otrzymać nośnik o wyższej jakości, a nie na odwrót. Proszę też zauważyć tendencję i powrót do płyt analogowych. Nawet duże koncerny płytowe powracają do tego wydawałoby się zapomnianego nośnika. Wielu melomanów chce mieć dźwięk analogowy, którego sinusoida wygląda inaczej, inaczej jest przyswajalna dla ucha. Może wymyślą inny format, ale na pewno nie będzie to mp3. Z punktu widzenia muzyka i odbiorcy to byłoby najgorsze rozwiązanie. HFC Ostatnie pytanie z tych dużo przyjemniejszych. Jakie jest muzyczne marzenie Jarka Śmietany? JŚ Żebym mógł dalej robić to, co robię. Moim marzeniem jest znalezienie sponsorów, promotorów czy producentów, którzy pomogą w realizacji moich kolejnych projektów. Mam różne pomysły, chciałbym zrobić płytę z Herbiem Hancockiem, którego zawsze ceniłem, a jeszcze nikt na naszym rynku tego nie zrobił. Chciałbym nagrać jeszcze jedną płytę orkiestrową, bo mam aspiracje do napisania większej formy orkiestrowo-jazzowej. To wszystko jest w zakresie moich możliwości i będę powoli to realizować. Oficjalna strona Jarka Śmietany: http://www.jareksmietana.pl Rozmawiał: Sylwester Podgórski, Polskie Radio Koszalin Ostatnie wywiady: |
|||||||||
|
|||||||||